czwartek, 26 września 2013
Rozdział 24. -Koniec części 1!
~Koniec jakiegoś etapu w życiu, zawsze może być początkiem nowego! Nic nie kończy się bez przyczyny.
Do Diany nadal nie docierało to, że jest w ciąży. Miała nadzieję,że niedługo się obudzi,a wizyta u lekarza okaże się być kiepskim snem. Mimo oczekiwań dziewczyny, nic na to nie wskazywało.
Od samego rana chodziła jakaś poddenerwowana. Musiała powiedzieć Marco,że jest z nim w ciąży, jednak coś ją powstrzymywało. Bała się odrzucenia z jego strony. Wiedziała,że nie przeżyłaby straty swojego ukochanego.
Po długich i intensywnych rozmyślaniach, postanowiła,że wyjawi blondynowi swoją tajemnice. Zaparzyła kawę i usiadła przy stole oczekując na przybycie Marco.
W końcu Diana dostrzegła samochód ukochanego,który parkował akurat pod apartamentowcem. Serce zaczęło jej bić mocniej, a dłonie zaczęły się pocić z nerwów. Wiedziała,że może stracić wszystko,albo zyskać dowód miłości Marco.
-Hej kochanie!-usłyszała trzaskanie drzwiami.-Już jestem, co jemy?
-Witaj!-wymusiła uśmiech, po czym poczuła ręce blondyna na swoich biodrach.-Ugotowałam leczo,takie jak lubisz.-oznajmiła spokojnie.
-Super!-rzekł radośnie.-Mówię Ci, dzisiaj na treningu Klopp dał nam taki wycisk! -Zmęczony jesteś?
-W sumie nie.-wzruszył ramionami.-Mięśnie mnie bolą,a poza tym czuję się świetnie. -To fajnie,bo chciałabym porozmawiać.-powiedziała, stawiając talerz z obiadem, przed piłkarzem.
-No okej.-uśmiechnął się.
-Wczoraj, Ty z Clarą poszliście razem na SIP...
-Tak, było fantastycznie!-przerwał wypowiedź dziewczyny.
-No i jak poszliście tam, to ja skierowałam się w inną stronę niż dom.-wyznała.
-Pyszny ten obiad!-skomentował.
-Marco! Do jasnej cholery! Mógłbyś mi nie przerywać?!-wybuchła.-Chcę Ci powiedzieć coś naprawdę ważnego,a Ty mnie ignorujesz!
-Dobrze, przepraszam...mów.
-OK, więc poszłam wczoraj do lekarza i dowiedziałam się,że będziemy mieli dzie...cko.-wybełkotała
-...-spoglądał na nią wystraszonymi oczyma.
-Co teraz?-wyszeptała.
-Skąd mam, kurwa wiedzieć ?!-wrzasnął.-Ja pierdole!-krzyczał.
-Uspokój się!
-Jak mam się uspokoić ?! Jestem młody! Nie mam czasu na dziecko!
-Czyli...
-Co, czyli ?!-nie ściszał swojego głosu.-Jak to sobie wyobrażasz? Urodzisz je,a potem co?! Mnie nie będzie ciągle w domu! A Ty ?! Jesteś narkomanką! Nigdy nie będziesz normalna! Jeżeli coś jebnie Ci do głowy?! Będę mu tłumaczył,że mamusia bardziej kochała kokainę niż jego?!
-Marco jak możesz...-zaczęła płakać.
-Zamilcz po prostu! -ryknął.
-Jesteś skończonym dupkiem! Koniec z nami i tym wszystkim!
-Wszystko przez Ciebie!-rzucił na odchodne, po czym zniknął za drzwiami apartamentu.
------------------------------------------------------------------
Hej.
Ten rozdział kończy nam, pierwszą część tego opowiadania.
Jeszcze nie wiem, kiedy pojawi się cześć druga... po prostu czekajcie na zwiastuny i różne inne zapowiedzi.
Pod rozdziałem zostawicie linki lub numery gg,abym mogła was poinformować o nowościach (jeśli chcecie :) )
Ok, to tyle.
Dziękuje,za te 24 rozdziały! Mam nadzieję,że niedługo tutaj wrócę wraz z Niką Majewską :)
Czekajcie, a tymczasem się z Wami żegnam!
Pa ! ;*
poniedziałek, 16 września 2013
Rozdział 23.
,,Potok słów, niemy wrzask,myśli zdradza mimika.''
Diana od samego rana czuła się niezbyt dobrze. Chciało się jej wymiotować, a do tego miała dziwne zawroty głowy. Nie chciała niepokoić swojego ukochanego,więc nic mu o tym nie mówiła. Myślała jedynie o wizycie u lekarza,którą musiała odłożyć na popołudnie za względu na występ niedawno poznanej dziewczynki. Umówili się z nią na godzinę dwunastą.
-Marco, zbieraj się!-krzyknęła do blondyna,który zalegał na kanapie w salonie.-Jest jedenasta! Zobaczysz, spóźnimy się i sprawimy młodej przykrość!
-Matko, kochanie nie denerwuj się tak...przecież zdążymy.-mruczał.-Ja już gotowy.
-Tak Pójdziesz w tej wygniecionej koszulce? No błagam Cię!
-Przebiorę się, tylko nie krzycz.-ustąpił.
Tak, jak obiecał poszedł do sypialni po świeżą, wyprasowaną koszulkę.Jak na Marco Reus'a przystało, spędził trochę czasu w łazience na układaniu włosów. Mimo wszystko oboje wyszykowali się w miarę szybko i dwadzieścia minut przed dwunastą opuścili mieszkanie, kierując się prosto do Domu Kultury,który znajdował się dwie przecznice od mieszkania Diany i Marco.
-Mówiłem ,że zdążymy !- powiedział zadowolony piłkarz Borussi Dortmund.-Nie potrzebnie się tak darłaś, nie wiem co Cię ugryzło,kotku.-mówił z idiotycznym uśmieszkiem na twarzy.
-Nic mnie nie ugryzło!-wypierała się.-Po prostu nie chciałam,abyśmy narobili sobie wstydu! I przy okazji przykrości Clarze.
-Okej.-uśmiechnął się pobłażliwie.-Wchodźmy.-otworzył ukochanej drzwi i po chwili oboje byli w Domu Kultury. Zajęli miejsca tuż przy niewielkiej scenie. Na początku całego ,,przedstawienia'' na małą arenę weszło kilkanaście baletnic, które przedstawiały piękną choreografię. Następnie na scenę wszedł prowadzący, który zapowiedział występ młodej znajomej Diany i Marco. Nieśmiała dziewczyna wyszła na scenę w dresikach do kolan, oraz w różowej bluzie z Adidasa. Z głośników zaczął wydobywać się dźwięk piosenki We own it. Ludzie zamilkli i zwrócili całą swoją uwagę na tańczącą Clarę. Kiedy skończyła swój trudny i niesamowity układ, została nagrodzona głośnymi brawami. Ukłoniła się i zniknęła za scenką. Marco, pełen podziwu ruszył za nią ,ciągnąc za sobą ukochaną Dianę,której aktualnym marzeniem było udanie się do lekarza.
-Mała!Mała!-wołał za dziewczyną.-Stój!
-O matko!-odwróciła się lekko przestraszona.-Cześć!-uśmiechnęła się słabo.
-Pięknie tańczyłaś!-pochwaliła ją Diana, chwytając za jej ramię.-Masz talent!
-Jej, dziękuje,ale...-zawahała się.
-Żadnego ,,ale''.-rzekł poważnie Marco.-Dałbym Ci puchar!-uśmiechnął się.-Clara,Ty musisz iść od razu do ośrodka?
-Do bidula? Nie. Z resztą pieprzyć to!-burknęła.
-Nie będziesz miała przez to kłopotów?
-Wszyscy uważają ,że jestem psychiczna. Zapewne nie będą chcieli robić sobie problemów i marnować czasu na rozmowę ze mną.
-Przestań. Nie jesteś psychiczna!-Diana prawie krzyknęła.-Jesteś cudownym człowiekiem! I nie kłóć się!
-No właśnie! To gdzie idziemy, kochane?-zapytał Reus.-Kawiarnia?
-Może pokazałbyś Clarze Idunę?-zaproponowała Diana.-Pójdziecie sobie razem, bo ja mam pewne załatwienie.-rzekła.-Może być?
-Wow, genialny pomysł! Zawsze chciałam zwiedzić ten stadion.
-Świetnie, to idziemy?
-Jasne, idźcie! Miłej zabawy!-pocałowała blondyna w skroń.
-A tak poza tym, to interesujesz się może piłką nożną (...) -i wyszli z Domu Kultury. Diana również go opuściła, tyle ,że poszła w całkiem inną stronę niż tamta dwójka. Miała nadzieję,że jej bóle nie są spowodowane jakimiś poważniejszymi powikłaniami. Szumiało jej w głowie...do ośrodka zdrowia podążała tak, jakby miała klapki na oczach. Kroczyła ślepo przed siebie, uważnie obserwując swoje buty.
-Dzień dobry, chciałabym się zapisać na wizytę u pani lekarz Fischer.-oznajmiła w recepcji.
-Witam.Dobrze, poproszę pani nazwisko.
-Diana Dark.
-Ach, tak. Mamy pani kartę. Zapraszam na 2 piętro, pokój 213. Pani Fischer,akurat jest wolna,więc można wchodzić.
-Dziękuje.-ukłoniła się.
-Ach, zapomniałam! Niech panna weźmie tą kartę!
-Dobrze.-uśmiechnęła się lekko i ruszyła do windy.
Przed wejściem do gabinetu czuła niepokój i strach. Mimo wszystko zdecydowała się zapukać.
-Witam.-odezwała się przyjemna postać, siedząca za biurkiem.
-Dzień dobry.
-Co panience dolega?-zapytała kobieta w kitlu.
-Narzekam na ból brzucha. Miewam zawroty głowy i bardzo często chce mi się wymiotować.
-O kochanie!-westchnęła.-Zaraz zobaczymy co Ci dolega (...)
-Moja droga, z badań wynika,że jesteś w ciąży!-zawołała radośnie pani doktor.
-Ja? Ja...jak to ?-za jąkała się.-To nie może być prawda!-krzyknęła.
-Nie cieszysz się? To naprawdę wesoła nowina!-uśmiechnęła się łagodnie.
-Pani nie rozumie...ja mam 21 lat...Mój chłopak jest piłkarzem, dla niego ważna jest kariera...
-Kochanie, jeżeli Twój chłopak naprawdę Cię kocha, to zaakceptuje Twoją ciąże. Będzie z Tobą, a raczej z Wami.-pogłaskała Czarnowłosą po głowie.
-Ma pani rację. Dziękuje.-ukłoniła się i opuściła gabinet lekarski. Miała mieszane uczucia.
-Nie nadaję się na matkę.Jestem zwykłą ćpunką.-myślała.
-----------------------------------------------
Witajcie, kochane czytelniczki! ;**
Chciałabym powiedzieć,że dziękuje tym osobą ,które nadal to czytają i komentują :)
Z każdym rozdziałem jest mniej komentarzy. Wcześniej było mi z tym źle,a teraz to olewam! :)
Piszę to dla tych nielicznych. I siebie.
To mi pomaga :)
Pozdrawiam! ;*
PS. Jutro ... lub może pojutrze, dodam jakiś rozdział na mój drugi blog. Dzisiaj nie zdążę, ponieważ mam dużo nauki ;//
wtorek, 10 września 2013
Rozdział 22.
Z okazji rozpoczęcia Nowego Roku oraz minionych Świąt Bożego Narodzenia zespół Borussi Dortmund postanowił odwiedzić miejski Dom Dziecka.
Marco postanowił,że zabierze ze sobą swoją ukochaną. Miał nadzieję,że poczuje się troszkę lepiej, kiedy zobaczy te wszystkie pocieszne dzieciaki,które potrafią się cieszyć nawet z figlarnej chmury na niebie. Wiedział,że to pomoże jej choć trochę zapomnieć o tym co było,a może raczej o tym kim była.
-Kochanie, możesz się pośpieszyć ?-spytał, jak zawsze punktualny Reus.-Mieliśmy być o 15 przed Iduną!
-Idę, idę...-mruknęła z łazienki.-Nie chce tych biednych dzieci przestraszyć! Widziałeś jak wyglądam...
-Pięknie jak zawsze,kotku.-powiedział namiętnym i ciepłym głosem,który czule pieścił jej uszy.-No szybciutko, misiu!
-Już!-krzyknęła i pośpiesznie wybiegła z łazienki.
Przed stadionem byli już praktycznie wszyscy Ci, którzy mieli się tam zjawić. Pozostało czekać im jedynie na autokar,którym wszędzie jeździli.
-Ej gołąbki!-zawołał ich Łukasz.-Czemu tak późno? Coś was zatrzymało w mieszkaniu?-zaczął poruszać zabawnie brawami.
Para zignorowała jednoznaczną wypowiedź Piszczka i przewracając oczami ustawili się przed nadjeżdżającym właśnie autokarem.
-Ej no ! Co za niekulturalni erotomani! -zawołał, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Marco jedynie skarcił go wzrokiem.
Gdy wszyscy siedzieli już w pojeździe Jurgen przedstawił im cały plan dnia, Polegał on na tym, że mężczyźni w szczególności mają zabawiać dzieci i dawać im radość każdym najmniejszym gestem. W skrócie poświęcić całą swoją uwagę dzieciom, a następnie napełnieni dziecięcą radością - wrócić do domów. Przed samym budynkiem domu dziecka trener Borussii przypomniał jeszcze Piszczkowi by w żadnym wypadku nie starał się rozbawić młodzieży swoimi idiotycznymi żartami, bo Klopp nie chciał wracać do domu z poczuciem, że jego podopieczni zgorszyli te bezbronne dzieci. Oczywiście Łukasz nie był z tego zadowolony, ale za to cała drużyna śmiała się z jego małego nieszczęścia. Po wszelakich wskazówkach, nakazach i zakazach trenera cała gromada dorosłych mężczyzn wkroczyła do środka budynku, na samym końcu nastomiast kroczyli Marco z Dianą czule się obejmując, co spotkało się z surowym spojrzeniem Jurgena, a oznaczało to, że i oni przez chwilę muszą zachowywać się jak przystało na dorosłe, poważne osoby.
Po tym jak już wszyscy znaleźli się w jednej z sal owego domu dziecka i zostali należycie powitani przez opiekunów jak i podopiecznych nadszedł czas na spędzenie wspólnie czasu.
Piłkarze jak i cały sztab chętnie wręczali dzieciom autografy i przeróżne klubowe podarunki. Dzieci mimo, że samotne i opuszczone to były wniebowzięte tym, że mogą spotkać, a nawet porozmawiać ze swoimi idolami. W tamtej chwili każdy był w swoim własnym wymarzonym niebie. Marzenia się spełniały, a na ogół smutne dzieci zaznać mogły odrobiny szczęścia. Oczywiście największym powodzeniem wśród młodych kibiców BVB cieszył się sam Piszczek. Z racji, że tylko w połowie dostosował się do nakazu Kloppa to nie szczędził dowcipów i przeróżnych żartów z tą różnicą, że były one bardziej stosowne niż na co dzień.
-Dlaczego tamta dziewczynka siedzi sama?-Marco spytał jednej z opiekunów dzieci.
-Ma na imię Clara.-powiedziała.-Jest czternastoletnią sierotą. Spędziła tu już 3 lata. Zawsze taka była.
-Nie możecie z tym czegoś zrobić?-zapytał lekko zbulwersowany, obojętnością na krzywdę małoletniej dziewczyny.
-Nie da się. Niech pan spróbuje się do niej odezwać.
Marco podszedł do dziewczynki,która aktualnie siedziała na krześle z daleka od reszty.
-Hej, jak masz na imię, piękna?-podszedł i usiadł obok dziewczyny.
-Clara.-mruknęła.
-Jak się czujesz?-zapytał.
-Od kiedy to kogoś obchodzi?-prychnęła,patrząc na blondyna.-Wcześniej jakoś nikt nie zawracał sobie tym głowy.
-Od dzisiaj!-uśmiechnął się.-Powiedz mi.
-Jestem okropnie smutna.-wyszeptała.-Nikt mnie tu nie akceptuje, i nikt nie zwraca uwagi. Płaczę godzinami,a te puste szpule przychodzą jedynie sprawdzić czy jestem w pokoju i czy nie uciekłam.
-To chore, prawda? Gadałem z tą blondynką, tą opiekunką...była taka obojętna.
-A Ty jak masz na imię?-zapytała w końcu.
-Jestem Marco. Marco Reus.
-Kojarzę.-rzekła.-Wiesz może kiedy zakończy się to zamieszanie?
-Program mamy do 19.00.-oznajmił.
-Cholera.-zaklęła.-Chciałabym stąd iść...
-Przecież może być fajnie.-powiedział.
-Nie sądzę.-prychnęła.
-Chodź, przedstawię Ci kogoś!-pociągnął Clarę za rękę, w stronę Diany,która aktualnie zabawiała młodsze dzieciaki.-Jest naprawdę fajna.-szepnął.
-Mhm.-mruknęła.
-Dianko!-zawołał.-Poznaj Clarę!-wskazał na niewysoką dziewczynę.-Musimy poprawić jej humor, ponieważ jest smutna.-pokazał na jej usta,które ułożone były w prostą kreskę.
-Ojej, witaj.-uśmiechnęła się do Clari.-Jak się masz?
-Źle...w sumie obojętnie.-westchnęła.-Piękna jesteś, Diano. Chciałabym kiedyś wyglądać tak jak Ty. Jesteś modelką ?
-Nie skąd!-zachichotała.-Jestem...ech...nikim w zasadzie.-uśmiechnęła się pocieszająco.-Clara! Kochana,jesteś śliczna!-poprawiła dziewczynie jeden kosmyk włosów. Musisz uwierzyć w siebie! Jesteś piękna, a jeżeli ktoś kiedyś twierdził inaczej....jest idiotą! Pamiętaj...
-Nie wiem...nie lubię o tym mówić.-szepnęła.-Co jutro robicie ?-zapytała nagle.
-W sumie to nic, prawda Marco?
-Prawda.-uśmiechnął się.
-Jeżeli macie ochotę,to przyjdźcie do domu kultury. Będę tam tańczyć.
-O to świetnie! O której ?
-12.30, rozpoczęcie.
-Świetnie! Przyjdziemy.
Reszta zaplanowanego dnia minęła naprawdę fantastycznie. Wszystkie dzieci pożegnały piłkarzy z uśmiechami na twarzach, choć na pewno były smutne,że wszystko tak szybko się skończyło. Mimo wszystko Carla rozmawiała jedynie z Marco i Dianą.
-----------------------------------------------
Rozdział napisany z Niką Majewską :3
Mam nadzieję ,że się podoba! :>
Proszę o komentarze, bo czasami mam ochotę rzucić to wszystko! ;c
Okej,więc...-przeczytałeś-komentujesz! :)
Pozdrawiam!
Marco postanowił,że zabierze ze sobą swoją ukochaną. Miał nadzieję,że poczuje się troszkę lepiej, kiedy zobaczy te wszystkie pocieszne dzieciaki,które potrafią się cieszyć nawet z figlarnej chmury na niebie. Wiedział,że to pomoże jej choć trochę zapomnieć o tym co było,a może raczej o tym kim była.
-Kochanie, możesz się pośpieszyć ?-spytał, jak zawsze punktualny Reus.-Mieliśmy być o 15 przed Iduną!
-Idę, idę...-mruknęła z łazienki.-Nie chce tych biednych dzieci przestraszyć! Widziałeś jak wyglądam...
-Pięknie jak zawsze,kotku.-powiedział namiętnym i ciepłym głosem,który czule pieścił jej uszy.-No szybciutko, misiu!
-Już!-krzyknęła i pośpiesznie wybiegła z łazienki.
Przed stadionem byli już praktycznie wszyscy Ci, którzy mieli się tam zjawić. Pozostało czekać im jedynie na autokar,którym wszędzie jeździli.
-Ej gołąbki!-zawołał ich Łukasz.-Czemu tak późno? Coś was zatrzymało w mieszkaniu?-zaczął poruszać zabawnie brawami.
Para zignorowała jednoznaczną wypowiedź Piszczka i przewracając oczami ustawili się przed nadjeżdżającym właśnie autokarem.
-Ej no ! Co za niekulturalni erotomani! -zawołał, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Marco jedynie skarcił go wzrokiem.
Gdy wszyscy siedzieli już w pojeździe Jurgen przedstawił im cały plan dnia, Polegał on na tym, że mężczyźni w szczególności mają zabawiać dzieci i dawać im radość każdym najmniejszym gestem. W skrócie poświęcić całą swoją uwagę dzieciom, a następnie napełnieni dziecięcą radością - wrócić do domów. Przed samym budynkiem domu dziecka trener Borussii przypomniał jeszcze Piszczkowi by w żadnym wypadku nie starał się rozbawić młodzieży swoimi idiotycznymi żartami, bo Klopp nie chciał wracać do domu z poczuciem, że jego podopieczni zgorszyli te bezbronne dzieci. Oczywiście Łukasz nie był z tego zadowolony, ale za to cała drużyna śmiała się z jego małego nieszczęścia. Po wszelakich wskazówkach, nakazach i zakazach trenera cała gromada dorosłych mężczyzn wkroczyła do środka budynku, na samym końcu nastomiast kroczyli Marco z Dianą czule się obejmując, co spotkało się z surowym spojrzeniem Jurgena, a oznaczało to, że i oni przez chwilę muszą zachowywać się jak przystało na dorosłe, poważne osoby.
Po tym jak już wszyscy znaleźli się w jednej z sal owego domu dziecka i zostali należycie powitani przez opiekunów jak i podopiecznych nadszedł czas na spędzenie wspólnie czasu.
Piłkarze jak i cały sztab chętnie wręczali dzieciom autografy i przeróżne klubowe podarunki. Dzieci mimo, że samotne i opuszczone to były wniebowzięte tym, że mogą spotkać, a nawet porozmawiać ze swoimi idolami. W tamtej chwili każdy był w swoim własnym wymarzonym niebie. Marzenia się spełniały, a na ogół smutne dzieci zaznać mogły odrobiny szczęścia. Oczywiście największym powodzeniem wśród młodych kibiców BVB cieszył się sam Piszczek. Z racji, że tylko w połowie dostosował się do nakazu Kloppa to nie szczędził dowcipów i przeróżnych żartów z tą różnicą, że były one bardziej stosowne niż na co dzień.
-Dlaczego tamta dziewczynka siedzi sama?-Marco spytał jednej z opiekunów dzieci.
-Ma na imię Clara.-powiedziała.-Jest czternastoletnią sierotą. Spędziła tu już 3 lata. Zawsze taka była.
-Nie możecie z tym czegoś zrobić?-zapytał lekko zbulwersowany, obojętnością na krzywdę małoletniej dziewczyny.
-Nie da się. Niech pan spróbuje się do niej odezwać.
Marco podszedł do dziewczynki,która aktualnie siedziała na krześle z daleka od reszty.
-Hej, jak masz na imię, piękna?-podszedł i usiadł obok dziewczyny.
-Clara.-mruknęła.
-Jak się czujesz?-zapytał.
-Od kiedy to kogoś obchodzi?-prychnęła,patrząc na blondyna.-Wcześniej jakoś nikt nie zawracał sobie tym głowy.
-Od dzisiaj!-uśmiechnął się.-Powiedz mi.
-Jestem okropnie smutna.-wyszeptała.-Nikt mnie tu nie akceptuje, i nikt nie zwraca uwagi. Płaczę godzinami,a te puste szpule przychodzą jedynie sprawdzić czy jestem w pokoju i czy nie uciekłam.
-To chore, prawda? Gadałem z tą blondynką, tą opiekunką...była taka obojętna.
-A Ty jak masz na imię?-zapytała w końcu.
-Jestem Marco. Marco Reus.
-Kojarzę.-rzekła.-Wiesz może kiedy zakończy się to zamieszanie?
-Program mamy do 19.00.-oznajmił.
-Cholera.-zaklęła.-Chciałabym stąd iść...
-Przecież może być fajnie.-powiedział.
-Nie sądzę.-prychnęła.
-Chodź, przedstawię Ci kogoś!-pociągnął Clarę za rękę, w stronę Diany,która aktualnie zabawiała młodsze dzieciaki.-Jest naprawdę fajna.-szepnął.
-Mhm.-mruknęła.
-Dianko!-zawołał.-Poznaj Clarę!-wskazał na niewysoką dziewczynę.-Musimy poprawić jej humor, ponieważ jest smutna.-pokazał na jej usta,które ułożone były w prostą kreskę.
-Ojej, witaj.-uśmiechnęła się do Clari.-Jak się masz?
-Źle...w sumie obojętnie.-westchnęła.-Piękna jesteś, Diano. Chciałabym kiedyś wyglądać tak jak Ty. Jesteś modelką ?
-Nie skąd!-zachichotała.-Jestem...ech...nikim w zasadzie.-uśmiechnęła się pocieszająco.-Clara! Kochana,jesteś śliczna!-poprawiła dziewczynie jeden kosmyk włosów. Musisz uwierzyć w siebie! Jesteś piękna, a jeżeli ktoś kiedyś twierdził inaczej....jest idiotą! Pamiętaj...
-Nie wiem...nie lubię o tym mówić.-szepnęła.-Co jutro robicie ?-zapytała nagle.
-W sumie to nic, prawda Marco?
-Prawda.-uśmiechnął się.
-Jeżeli macie ochotę,to przyjdźcie do domu kultury. Będę tam tańczyć.
-O to świetnie! O której ?
-12.30, rozpoczęcie.
-Świetnie! Przyjdziemy.
Reszta zaplanowanego dnia minęła naprawdę fantastycznie. Wszystkie dzieci pożegnały piłkarzy z uśmiechami na twarzach, choć na pewno były smutne,że wszystko tak szybko się skończyło. Mimo wszystko Carla rozmawiała jedynie z Marco i Dianą.
-----------------------------------------------
Rozdział napisany z Niką Majewską :3
Mam nadzieję ,że się podoba! :>
Proszę o komentarze, bo czasami mam ochotę rzucić to wszystko! ;c
Okej,więc...-przeczytałeś-komentujesz! :)
Pozdrawiam!
niedziela, 8 września 2013
Arashi.
*nie związane z opowiadaniem. Proszę o ocenę!
-Jestem wilkiem, jestem wilkiem.-powtarzało sobie w myślach stworzenie, przyglądając się swojemu odbiciu w czystej,przezroczystej wodzie jeziora. Słońce już zachodziło, a wieczór nadchodził prędkimi krokami. Mimo wszystko, sylwetka istoty była idealnie oświetlona. Wygląd nie pozostawiał wątpliwości. Długi psyk, żółte ślepia oraz gęste, szare futro. Był wilkiem, a bynajmniej na niego wyglądał.
-Jestem wilkiem.-ruszył w dalszą,samotną wędrówkę. Mało pamiętał. Jedyne wspomnienia pochodziły z dziwnego pomieszczenia,w którym samiec był więziony. Zamknięty w małej klatce zrobionej z grubych,metalowych pętków. Dokładnie pamiętał słyszane ludzkie głosy oraz działania związane z nim samym. Nie mógł zapomnieć strzykawek oraz różnych kolorowych światełek,które drażniły jego spojówki.
-Udało mi się uciec.-wspomniał w myślach i zaczął biec. Nie wiedział dokąd prowadziły go łapy. Mimo wszystko podążał za zapachem swojego gatunku.
-Wilk.Jestem wilkiem.-przyśpieszył,z impetem łamiąc kruche gałęzie,które natrafiły na jego silne łapy.Nadszedł późny wieczór, noc niemalże. Księżyc oświecał ciało dzikiego stworzenia. Późna pora jeszcze bardziej skłaniała go do biegu. Nie był zmęczony,ani głody. Miał jeden cel- odnaleźć watahę w tym piekielnym, opanowanym przez człowieka lesie. W pewnym momencie usłyszał jakieś głośne odgłosy.Ciekawość zmusiła go do podążenia za krzykami. Nie dużo dalej, pod rozłożystym krzewem, dziki pies dostrzegł całkiem bezbronne stworzenie,które przypominało ludzką rasę. Nie wyglądało jednak brutalnie,ani niebezpiecznie. Było takie zagubione i zrozpaczone. Wilk, postanowił podejść do istoty,której w ogóle się nie obawiał. Sam nie wiedział z jakimi zamiarami podąża w stronę osobnika. Instynktownie obnażył swoje duże, ostre, białe kły.
-Proszę odejdź, błagam...-szlochało ów stworzenie, całkowicie przyparte do drzewa. Wszystko wskazywało na to,że była to samica człowieka. Wilk nadal naciskał i podchodził bliżej, co sprawiało,że istota drżała ze strachu.
-Odejdź!-krzyknęła, pokazując przy tym swoją ogromną ranę na ręce. Ciekła z niej krew,czerwona niczym purpurowe róże.
Dziki pies całkowicie zbliżył się do niej. Usiadł na przeciw jej osoby i spojrzał na nią, swymi mrocznymi i tajemniczymi oczami.
-Dlaczego mnie nie zabiłeś? Jesteś wilkiem!-z oczu istoty ludzkiej zaczęły spływać dziwne kropelki,których zwierz nigdy wcześniej nie widział. Poczuł,że ma z nią coś wspólnego. Oboje byli zagubieni...całkiem bezradni wobec losu. Chcąc wzbudzić zaufanie rannej, wywalił język na wierzch i zaczął zlizywać cieknące łzy z jej twarzy. Następnie polizał jej ranę,która okazała się na tyle poważna,że samica człowieka nie mogła samodzielnie znaleźć pożywienia.
-Boję się Ciebie...Odejdź błagam.-zaszlochała, na co wilk odszedł od niej. Pobiegł w las, w celu znalezienia pożywienia dla bezbronnej istotki. Mijał drobne żyjątka,których nie opłacało się mordować. Biegł dalej, aż natrafił na stado suhaków,których w azjatyckich lasach było naprawdę dużo. Wypatrzył wśród kilkudziesięciu osobników, kulawego i najwyraźniej nie zdolnego do życia suhaka. Chwilę później przystąpił do ataku. Skoczył mu prosto do szyi, po czym błyskawicznie poczuł smak świeżej krwi. Dusił ssaka jeszcze przez kilka minut,aby mieć pewność,że jest martwy. Po wszystkim przytaszczył mięso w miejsce gdzie siedziała ranna dziewczyna. Kiedy ujrzała go ponownie, krzyknęła ze strachu. Był naprawdę przerażający , a krew na pysku sprawiała,że zraniona istota poczuła kolejny napływ strachu.
-Odejdź!-szepnęła, na co dziki zwierz, rozerwał skórę ofiary i oderwał kawałek chudego mięsa. -Jesteś bestią...zabijesz mnie.-oberwała kawałkiem mięsa po twarzy, co wzbudziło w niej zaciekawienie i przerażenie.
-Masz więcej ludzkich cech niż mi się wydaje,prawda?-zapytała patrząc na wilka.-Nazwę Cię Arashi. -dziki pies odszedł od dziewczyny i zajął się konsumowaniem upolowanej ofiary.
-Mogę jeszcze trochę?-popatrzyła na niego z nadzieją,że ją rozumie. Wilk oderwał kolejny kawałek mięsa i rzucił w jej stronę.-Zgubiłam się w tym lesie,ponieważ goniły mnie dwa wilki...-wyznała jedząc mięso.-Nie umiem wrócić.
Po jedzeniu oraz godzinnym odpoczynku Arashi poderwał się z ziemi i podszedł do dziewczyny. Delikatnie złapał za jej palce i uniósł rękę do góry,aby móc lizać jej ranę.Położył się na jej nogach i czekał aż się wybudzi.
Mijały dni, a para towarzyszy stawała się prawie nierozłączna.
Przez ten czas dziewczyna nabrała siły dzięki czemu, mogła się podnieść z ziemi. Otrzepała piach z podartego ubrania, w które była odziana i ruszyła w stronę polany, niewiele oddalonej od miejsca spoczynku rannej. Szła przed siebie, nie zważając na towarzysza.
-Zaczekaj...-usłyszała zachrypiały głos,który dobiegał zza jej placów.
-Ty, ty... mówisz?!-wytrzeszczyła zmęczone oczy,które błagały ją o spokojny sen.
-Bratnią duszą moją się stałaś . Poznać więc możesz magiczną moc, potomków Dragona.
-Kim on był?-zapytała.
-Samcem Alfa watahy,która opanowała las na przełaj od wodospadu.
-Powiedz mi...jakim sposobem się z Tobą porozumiewam ?! Mam halucynacje...to od przemęczenia! Muszę wracać do wioski, prędko!-mówiła zrozpaczonym głosem,który przerodził się w cichy krzyk.
-Cicho bądź! Zaprowadzę Cię do wioski, jeżeli Ty obiecasz,że wskażesz mi drogę na stepy.
-Zwariowałeś?! Umrzesz tam!
-Zasłużyłem na niechybną śmierć. Śmierć w samotności.
-Arashi...-szepnęła,chwytając bestię za szyję.
-Jestem Kazan.-warknął.-Dawny, bezlitosny Kazan...
-Którego już nie ma. Jesteś Arashi. Mój dobry Arashi, który przeraża mnie z każdą minutą coraz bardziej.
Ruszyli w drogę, która według opowieści Arashiego miała zająć im około czterech, do pięciu godzin. Czarna jak heban noc, nadała nastrój ich wędrówce. Szli i szli...aż w końcu natrafili na ślady polowania,które pozostawili rdzenni mieszkańcy azjatyckiej wioski.
-Czuję ich...-warknął dziki pies,który dzięki swojej mocy mógł porozumiewać się z dziewczyną.
-Ich?
-Twoją rasę. -oznajmił.-Wasza krew pachnie inaczej...czuć tą bezwzględność i brutalność. Właściwie... jak Cię zwą?
- Tanisha.-mruknęła.-Imię to jest po mojej matce.
-Jaka jest Twoja matka?
-Nie żyje.-odrzekła beznamiętnie.
-W jaki sposób odeszła?
-Do naszej chaty wtargnął tygrys azjatycki. Wymordował mi całą rodzinę, z wyjątkiem mnie i babci.
-Jak uniknęłyście śmierci?
-Byłyśmy ze stadem bydła przy stepie.-wyjaśniła.-Mam do Arashiego pytanie...
-Pytaj.-sapnął.
-Dlaczego uważasz,że zasługujesz na śmierć?
-Zamordowałem. Zamordowałem szczenie ludzkie.
-Dlaczego?
-Zadanie od watahy.-prychnął po czym zamilkł.
Wędrowali jeszcze przez 2 godziny. Po tym czasie, dotarli do wioski,w której mieszkała Tanisha. Wilk,który dla bezpieczeństwa swojego i ludzi pozostał przy granicy lasu i osady. Ustalili między sobą,że dziewczę pobiegnie do chałupy,a następnie wróci na chwilę do dzikusa. Tanisha domyślała się,że babcia nie wypuści jej z zagrody. Podeszła więc jedynie za drewniany domek i spojrzała na podwórze. Staruszka siedziała na ławeczce i zszywała kawałki owczej skóry. Dziewczyna postanowiła wrócić do Arashiego,aby podziękować.
-Arashi! Arashi!-rozpoczęła nawoływanie towarzysza.-Arashi!
-Jestem tutaj.-usłyszała słaby, zachrypnięty głos dzikiego przyjaciela.
-Na wszystkie bóstwa azji! Co Ci się stało?-upadła przed wilkiem na kolana.
-Ktoś z wioski...oberwałem zatrutą strzałą...-wysyczał.-Umieram, Tanisha.
-Arashi...-wyszeptała, głaszcząc jego łeb.-Jesteś wilkiem.
-Jestem bestią...
-Pomogłeś mi. Potrzebowałam Ciebie, Arashi...
-Być może potrzebowałem Cię bardziej niż Ty mnie.
-Nie rozumiem...
-Jestem bestią...-głos mu się zachwiał.-Odchodzę wybacz...-jego serce przestało bić, a kości zaczęły mu sztywnieć.
-Jesteś wilkiem, ukochany.
______________________________________
Hej. błagam o szczerą ocenę tego opowiadania o Wilku. to na konkurs...proszę pomóżcie :)
-Jestem wilkiem, jestem wilkiem.-powtarzało sobie w myślach stworzenie, przyglądając się swojemu odbiciu w czystej,przezroczystej wodzie jeziora. Słońce już zachodziło, a wieczór nadchodził prędkimi krokami. Mimo wszystko, sylwetka istoty była idealnie oświetlona. Wygląd nie pozostawiał wątpliwości. Długi psyk, żółte ślepia oraz gęste, szare futro. Był wilkiem, a bynajmniej na niego wyglądał.
-Jestem wilkiem.-ruszył w dalszą,samotną wędrówkę. Mało pamiętał. Jedyne wspomnienia pochodziły z dziwnego pomieszczenia,w którym samiec był więziony. Zamknięty w małej klatce zrobionej z grubych,metalowych pętków. Dokładnie pamiętał słyszane ludzkie głosy oraz działania związane z nim samym. Nie mógł zapomnieć strzykawek oraz różnych kolorowych światełek,które drażniły jego spojówki.
-Udało mi się uciec.-wspomniał w myślach i zaczął biec. Nie wiedział dokąd prowadziły go łapy. Mimo wszystko podążał za zapachem swojego gatunku.
-Wilk.Jestem wilkiem.-przyśpieszył,z impetem łamiąc kruche gałęzie,które natrafiły na jego silne łapy.Nadszedł późny wieczór, noc niemalże. Księżyc oświecał ciało dzikiego stworzenia. Późna pora jeszcze bardziej skłaniała go do biegu. Nie był zmęczony,ani głody. Miał jeden cel- odnaleźć watahę w tym piekielnym, opanowanym przez człowieka lesie. W pewnym momencie usłyszał jakieś głośne odgłosy.Ciekawość zmusiła go do podążenia za krzykami. Nie dużo dalej, pod rozłożystym krzewem, dziki pies dostrzegł całkiem bezbronne stworzenie,które przypominało ludzką rasę. Nie wyglądało jednak brutalnie,ani niebezpiecznie. Było takie zagubione i zrozpaczone. Wilk, postanowił podejść do istoty,której w ogóle się nie obawiał. Sam nie wiedział z jakimi zamiarami podąża w stronę osobnika. Instynktownie obnażył swoje duże, ostre, białe kły.
-Proszę odejdź, błagam...-szlochało ów stworzenie, całkowicie przyparte do drzewa. Wszystko wskazywało na to,że była to samica człowieka. Wilk nadal naciskał i podchodził bliżej, co sprawiało,że istota drżała ze strachu.
-Odejdź!-krzyknęła, pokazując przy tym swoją ogromną ranę na ręce. Ciekła z niej krew,czerwona niczym purpurowe róże.
Dziki pies całkowicie zbliżył się do niej. Usiadł na przeciw jej osoby i spojrzał na nią, swymi mrocznymi i tajemniczymi oczami.
-Dlaczego mnie nie zabiłeś? Jesteś wilkiem!-z oczu istoty ludzkiej zaczęły spływać dziwne kropelki,których zwierz nigdy wcześniej nie widział. Poczuł,że ma z nią coś wspólnego. Oboje byli zagubieni...całkiem bezradni wobec losu. Chcąc wzbudzić zaufanie rannej, wywalił język na wierzch i zaczął zlizywać cieknące łzy z jej twarzy. Następnie polizał jej ranę,która okazała się na tyle poważna,że samica człowieka nie mogła samodzielnie znaleźć pożywienia.
-Boję się Ciebie...Odejdź błagam.-zaszlochała, na co wilk odszedł od niej. Pobiegł w las, w celu znalezienia pożywienia dla bezbronnej istotki. Mijał drobne żyjątka,których nie opłacało się mordować. Biegł dalej, aż natrafił na stado suhaków,których w azjatyckich lasach było naprawdę dużo. Wypatrzył wśród kilkudziesięciu osobników, kulawego i najwyraźniej nie zdolnego do życia suhaka. Chwilę później przystąpił do ataku. Skoczył mu prosto do szyi, po czym błyskawicznie poczuł smak świeżej krwi. Dusił ssaka jeszcze przez kilka minut,aby mieć pewność,że jest martwy. Po wszystkim przytaszczył mięso w miejsce gdzie siedziała ranna dziewczyna. Kiedy ujrzała go ponownie, krzyknęła ze strachu. Był naprawdę przerażający , a krew na pysku sprawiała,że zraniona istota poczuła kolejny napływ strachu.
-Odejdź!-szepnęła, na co dziki zwierz, rozerwał skórę ofiary i oderwał kawałek chudego mięsa. -Jesteś bestią...zabijesz mnie.-oberwała kawałkiem mięsa po twarzy, co wzbudziło w niej zaciekawienie i przerażenie.
-Masz więcej ludzkich cech niż mi się wydaje,prawda?-zapytała patrząc na wilka.-Nazwę Cię Arashi. -dziki pies odszedł od dziewczyny i zajął się konsumowaniem upolowanej ofiary.
-Mogę jeszcze trochę?-popatrzyła na niego z nadzieją,że ją rozumie. Wilk oderwał kolejny kawałek mięsa i rzucił w jej stronę.-Zgubiłam się w tym lesie,ponieważ goniły mnie dwa wilki...-wyznała jedząc mięso.-Nie umiem wrócić.
Po jedzeniu oraz godzinnym odpoczynku Arashi poderwał się z ziemi i podszedł do dziewczyny. Delikatnie złapał za jej palce i uniósł rękę do góry,aby móc lizać jej ranę.Położył się na jej nogach i czekał aż się wybudzi.
Mijały dni, a para towarzyszy stawała się prawie nierozłączna.
Przez ten czas dziewczyna nabrała siły dzięki czemu, mogła się podnieść z ziemi. Otrzepała piach z podartego ubrania, w które była odziana i ruszyła w stronę polany, niewiele oddalonej od miejsca spoczynku rannej. Szła przed siebie, nie zważając na towarzysza.
-Zaczekaj...-usłyszała zachrypiały głos,który dobiegał zza jej placów.
-Ty, ty... mówisz?!-wytrzeszczyła zmęczone oczy,które błagały ją o spokojny sen.
-Bratnią duszą moją się stałaś . Poznać więc możesz magiczną moc, potomków Dragona.
-Kim on był?-zapytała.
-Samcem Alfa watahy,która opanowała las na przełaj od wodospadu.
-Powiedz mi...jakim sposobem się z Tobą porozumiewam ?! Mam halucynacje...to od przemęczenia! Muszę wracać do wioski, prędko!-mówiła zrozpaczonym głosem,który przerodził się w cichy krzyk.
-Cicho bądź! Zaprowadzę Cię do wioski, jeżeli Ty obiecasz,że wskażesz mi drogę na stepy.
-Zwariowałeś?! Umrzesz tam!
-Zasłużyłem na niechybną śmierć. Śmierć w samotności.
-Arashi...-szepnęła,chwytając bestię za szyję.
-Jestem Kazan.-warknął.-Dawny, bezlitosny Kazan...
-Którego już nie ma. Jesteś Arashi. Mój dobry Arashi, który przeraża mnie z każdą minutą coraz bardziej.
Ruszyli w drogę, która według opowieści Arashiego miała zająć im około czterech, do pięciu godzin. Czarna jak heban noc, nadała nastrój ich wędrówce. Szli i szli...aż w końcu natrafili na ślady polowania,które pozostawili rdzenni mieszkańcy azjatyckiej wioski.
-Czuję ich...-warknął dziki pies,który dzięki swojej mocy mógł porozumiewać się z dziewczyną.
-Ich?
-Twoją rasę. -oznajmił.-Wasza krew pachnie inaczej...czuć tą bezwzględność i brutalność. Właściwie... jak Cię zwą?
- Tanisha.-mruknęła.-Imię to jest po mojej matce.
-Jaka jest Twoja matka?
-Nie żyje.-odrzekła beznamiętnie.
-W jaki sposób odeszła?
-Do naszej chaty wtargnął tygrys azjatycki. Wymordował mi całą rodzinę, z wyjątkiem mnie i babci.
-Jak uniknęłyście śmierci?
-Byłyśmy ze stadem bydła przy stepie.-wyjaśniła.-Mam do Arashiego pytanie...
-Pytaj.-sapnął.
-Dlaczego uważasz,że zasługujesz na śmierć?
-Zamordowałem. Zamordowałem szczenie ludzkie.
-Dlaczego?
-Zadanie od watahy.-prychnął po czym zamilkł.
Wędrowali jeszcze przez 2 godziny. Po tym czasie, dotarli do wioski,w której mieszkała Tanisha. Wilk,który dla bezpieczeństwa swojego i ludzi pozostał przy granicy lasu i osady. Ustalili między sobą,że dziewczę pobiegnie do chałupy,a następnie wróci na chwilę do dzikusa. Tanisha domyślała się,że babcia nie wypuści jej z zagrody. Podeszła więc jedynie za drewniany domek i spojrzała na podwórze. Staruszka siedziała na ławeczce i zszywała kawałki owczej skóry. Dziewczyna postanowiła wrócić do Arashiego,aby podziękować.
-Arashi! Arashi!-rozpoczęła nawoływanie towarzysza.-Arashi!
-Jestem tutaj.-usłyszała słaby, zachrypnięty głos dzikiego przyjaciela.
-Na wszystkie bóstwa azji! Co Ci się stało?-upadła przed wilkiem na kolana.
-Ktoś z wioski...oberwałem zatrutą strzałą...-wysyczał.-Umieram, Tanisha.
-Arashi...-wyszeptała, głaszcząc jego łeb.-Jesteś wilkiem.
-Jestem bestią...
-Pomogłeś mi. Potrzebowałam Ciebie, Arashi...
-Być może potrzebowałem Cię bardziej niż Ty mnie.
-Nie rozumiem...
-Jestem bestią...-głos mu się zachwiał.-Odchodzę wybacz...-jego serce przestało bić, a kości zaczęły mu sztywnieć.
-Jesteś wilkiem, ukochany.
______________________________________
Hej. błagam o szczerą ocenę tego opowiadania o Wilku. to na konkurs...proszę pomóżcie :)
sobota, 31 sierpnia 2013
Rozdział 21.
Zwykłą codzienność rozmyły dwa dni świąt,które Diana spędziła w miłym towarzystwie, cierpliwie znosząc dziecinne zachowanie ukochanego z racji, że były to jego ulubione święta.Chwilami miała już dosyć jedzenia jego przepysznych serniczków,albo tarzania się w śniegu. Musiała się jednak przyzwyczaić. Według Marco, tak właśnie działała miłość. Znoszenie wad swojej drugiej połowy to podstawa w tym wspaniałym uczuciu.
Po świętach nadszedł czas na długo wyczekiwany dzień jakim był Sylwester.Diana niecierpliwiła się kiedy to będzie mogła pożegnać aktualny rok, który nie był dla niej zbyt łaskawy, a powitać nowe, ma nadzieję dużo lepsze i szczęśliwsze dla niej i jej bliskich 12 miesięcy.
Marco zaproponował ukochanej, że to w ich domu odbędzie się przyjęcie z tej właśnie oto okazji. Wspólnie zdecydowali jednak, że będzie to mała, kameralna impreza tylko z najbliższymi przyjaciółmi.
Żeby jednak było co pamiętać, blondyn starał się zapewnić jak najwięcej atrakcji.
Z samego rana udał się do sklepu po alkohol. Chciał urozmaicić menu, więc kupił dużo zróżnicowanych trunków, różnego pochodzenia.
Diana w tym czasie piekła ciasteczka oraz swoje ukochane ciasto marchewkowe za którym Marco raczej nie przepada. W czasie gdy jej wypieki były w piekarniku, sama wzięła się za sprzątanie i zmianę ozdób na bardziej Noworoczne.
Kiedy czarnowłosa krzątała się spokojnie po mieszkaniu, co chwilę coś przestawiając, usłyszała dźwięk telefonu,który informował o próbie połączenia. Spojrzała na ekran,gdzie wyświetlił się spory napis ,,Marco ; ** '' W mgnieniu oka odebrała.
- Halo?
- Hej kochanie. Mogłabyś zejść na dół? Mam dużo zakupów i....
- Potrzebujesz pomocy?-zachichotała.
- Dokładnie.-mruknął.
- Już idę!
- Tylko pamiętaj zamknąć mieszkanie....ten cieć od szczotek, wchodzi do mieszkań.
- Dobra, nie dramatyzuj.-westchnęła,rozbawiona po czym się rozłączyła.
Chwilę później była już na dole pomagając ukochanemu. Gdy obładowani przeróżnymi produktami weszli do mieszkania, do nozdrzy piłkarza napłynął drażniący go zapach. Zatrzymał się w przedpokoju i wymownie spoglądając na ciemnowłosą odparł:
- Serio? Ciasto marchewkowe?
- No co, chyba też mam prawo ? - Dziewczyna przewróciła oczami kierując się do kuchni, gdzie odłożyła ciążące jej rzeczy.
- Dobrze, kochanie, przepraszam. Możesz gotować, piec lub smażyć co tylko chcesz. -powiedział skruszony, lecz także rozbawiony zachowaniem Diany.
- No właśnie, egoisto!-zaśmiała się.-Mój egoisto...-wyszeptała.
Zaczęli zbliżać się do siebie. Marco przyparł dziewczynę do szafki kuchennej,a jego dłonie zatrzymały się na jej biodrach. Gdy gotów był wpić się w jej usta, usłyszeli dzwonek telefonu. Marco odskoczył od ukochanej i lekko zdenerwowany podreptał do salonu po telefon. Od razu nacisnął opcję ,,Odbierz'', tak naprawdę nie zdążając przeczytać kto dzwoni.
- Halo?
- Cześć mój kochany Marcusiu!-usłyszał głos swojej chrzestnej.
- O witaj ciociu...
- Chciałam tylko zaprosić was na obiad. W niedziele.
- Dobrze ciociu, postaramy się przybyć.
- Mam taką nadzieję.
- Dziękujemy za zaproszenie,ale teraz muszę kończyć,bo mam zielone światło!- Skłamał.
Ciotka uwierzyła w marne kłamstwo Marco i odpuściła dalszą dyskusję.Teraz on i Diana mogli kontynuować przerwaną przez ciocię Helcię czynność.
Blondyn oparł Dianę o ścianę i oboje zatracili się w namiętnym pocałunku.Nie odrywając się od siebie, skierowali się do sypialni, jednak po drodze potknęli się o kanapę upadając na nią. Wtedy właśnie Diana zza głowy Marco ujrzała zegarek, oderwała się od niego jak oparzona i zaczęła panikować.
- Już po 18, zaraz zaczną przychodzić goście! - Złapała się za głowę, biegnąc do kuchni by dokończyć przygotowanie potraw i przekąsek.
- Spokojnie kobieto! Mamy jeszcze godzinę! Uwiniemy się...- Zaczął poruszać znacząco brwiami.
- Marco, uspokój się.- Zachichotała, lekko się rumieniąc.
- Kocham jak się rumienisz. - Złapał ją za rękę przyciągając do siebie. - Kocham ciebie. - Wyszeptał.
- Ja ciebie też. - Odparła zarzucając mu ręce na szyje i uśmiechając się. Poczuła jak blondyn delikatnie dotyka jej ust by następnie obdarzyć ją długim gorącym pocałunkiem. Czarnowłosa chętnie oddawała pocałunki, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej namiętne. Reus widząc w tym zgodę zaczął prowadzić ją w stronę kanapy na której to leżeli kilka minut temu. Marco chwycił skaj jej sylwestrowej sukienki po czym zdjął ją swojej ukochanej przez głowę.Zaczął rozpinać jej stanik, w czasie kiedy ona odwrócona była do niego twarzą. Uśmiechała się do niego zalotnie, więc chwilę później trwali w namiętnym i pełnym miłości pocałunku. Ręce blondyna krążyły po jej ciele, czule je pieszcząc. Diana chwilkę później nie pozostała dłużna swojemu chłopakowi i zdjęła z niego koszulę. Reus składa pocałunki na jej całym ciele,a ona jęczy z przyjemności jaką obdarowuje ją ukochany. Oboje łapią głośno oddechy,a ich pieszczoty przepełnione są rozgorączkowaną namiętnością. W pewnym momencie usłyszeli dzwonek do drzwi i zamarli w dziwnej pozycji.
- Cholera jasna! - Krzyknął zirytowany piłkarz.
- Wszystko przez Ciebie, zachciało Ci się nie wiadomo czego...- Zaczęła obwiniać ukochanego - Otwórz - Odparła wstając. Wzięła swoją sukienkę i zamknęła się w łazience, by doprowadzić się do porządku. Reus w tym czasie, szybko się ubrał i poprawiając dłonią fryzurę zrobił tak jak powiedziała Diana.
- Hej...- Rzekł niepewnie witając w progu swojego mieszkania Łukasza z Ewą.
- No cześć gołąbeczku! - Zawołała Ewka, szczerząc się jak głupi do sera. - Wiem, nie tłumacz się...młody jesteś! - Chichotała razem z Piszczkiem.
- Co? - Blondyn nie rozumiał.
- Stoimy pod waszymi drzwiami dobre 10 minut. - Łukasz nie krył swojego rozbawienia. - Następnym razem proponuje iść do sypialni a nie w salonie...
- Wszystko słychać...
- Zabije was! - Wrzasnął rozbawiony Marco. - Nie wierzę...mama was nie nauczyła ,że nie wolno podsłuchiwać?
- Przestań. - Nruknął Piszczu. - Oooo Diana, witaj kochanie! - Małżeństwo Piszczków wtargnęło do środka mieszkania .Piszczkowie pomogli Marco i Dianie w ulokowaniu w salonie wszystkich przygotowanych przekąsek i alkoholu, a po kilku minutach dołączyła do nich reszta zaproszonych gości i przyjęcie mogło się zacząć.Wszyscy, świetnie się bawili już od pierwszych minut tej małej, lecz nie gorszej od innych imprezie.
Impreza trwała w najlepsze i na pewno nikt nie chciał jej przerywać. Niestety, trzeba było przystopować,bo właśnie na zegarach wybijała godzina 23.57. Kameralny DJ, czyli Kubuś, wyłączył muzykę i w mieszkaniu słychać było jedynie ciche ploteczki kobiet i śmiechy mężczyzn.Marco ukradkiem pobiegł po szampany,które stały na blacie w kuchni. Specjalnie kupił ich więcej,ponieważ wiedział,że szampan plus wódka i whiskey, równa się - szybki zgon. Nie długo po jego powrocie do salonu rozpoczęło się odliczanie.
Niedługo po jego powrocie do salonu rozpoczęło się odliczanie.
- Dziesięć,dziewięć,osiem,siedem,sześć,pięć,cztery, trzy , dwa, jeden....NOWY ROK! - Po całym mieszkaniu rozległ się wrzask i pisk dziewczyn,które bardzo cieszyły się z nadejścia nowego roku.
- Ej, a fajerwerki? - Zapytał lekko pijany Piszczek.
- O cholera ! Zapomniałem.... - Wyznał Marco. - Idźcie szybko na parking! Ja idę po fajerwerki!
- Masz?
- Jasne! - Rzekł i pobiegł do jakiegoś pomieszczenia w mieszkaniu.
- Weź zimne ognie! - Krzyknęła Diana, wychodząc z całą brygadą z mieszkania. W dłoniach trzymali lampki z szampanem.
Chwilę później wszyscy byli na parkingu,Marco również do nich dołączył z całym zapasem fajerwerków. Dla Diany i dziewczyn miał te zimne ognie,o które wcześniej upominała się jego ukochana.
- Odpalamy?
- Daj to małolacie, bo Ci ręce urwie przy samym tyłku! - Kuba wyrwał race z rąk młodszego przyjaciela,Reus'a. Blondyn postanowił się nie awanturować przed swoim blokiem i to w sylwestra, dlatego przystanął obok swojej ukochanej i razem podziwiali pojedynczo, wystrzelane w niebo fajerwerki.
Każdy z obecnych na parkingu posiadał kilka sztuk sztucznych ogni,dzięki czemu wszystko wyglądało bajecznie.
- Kocham Cię.-wyszeptał Marco, obejmując Dianę.
- Ja kocham, gdy mi to mówisz...
- Ej, a mnie nie kochasz? - Skrzywił się.
- eeeee...-
- Osz Ty! - Zaśmiał się szaleńczo, a Diana, chwilkę później leżała na śniegu. Nie została Reusowi dłużna. Skutecznie pociągnęła Marco za nogę,a ten przewrócił się i upadł tuż obok niej. Po prostu zaczęli tarzać się w śniegu jak małe dzieci. Przestali to robić dopiero wtedy,gdy Marco oberwał śnieżką od Marcela,który z wielkim zacieszem na twarzy lepił następną śnieżkę. Tak właśnie zaczęła się bitwa na śnieżki,która trwała grubo ponad pół godziny. Po tym czasie, całkiem mokre towarzystwo wróciło do mieszkania. Oczywiście, Diana i Marco załatwili im ubrania zastępcze i dopiero wtedy impreza rozkręciła się na maksa! Alkohol lał się strumieniami,aż w końcu Mats odpadł. Zaległ na kanapie, wyglądem przypominając nieboszczyka.Za Matsem po kolei odlatywali, Marcel,Mario, Ewa,Agata oraz Jenny. Najsilniejszymi okazali się być Kuba, Łukasz , Cathy oraz rzecz jasna Diana z Marco,którzy specjalnie opuszczali kolejki. Około czwartej nad ranem, Blondyn i Czarnowłosa udali się do sypialni,aby dokończyć to co rozpoczęli tuż przed przyjęciem.
------------------------------------
Powracam. Witajcie...
Rozdział napisany przez : Nika Majewska i Izaa Tarnoś.
Pamiętaj- czytasz - komentujesz! :)
Okej, przepraszam za to,że znikłam po prostu...ale nie mogłam pisać,czytać i komentować...wszystko przez to,że kilka dni temu popełniłam największy błąd w życiu i ...próbowałam się pozbierać.
Chciałam przeprosić i przepraszam.
Przy okazji powiem,że dodałam rozdział na blog o Izie i Patrycji.
czas-na--zmiany-e.blogspot.com
A na blogu o Victorii, rozdział pojawi się po 1 września.
Pozdrawiam, Tarnoś.
Po świętach nadszedł czas na długo wyczekiwany dzień jakim był Sylwester.Diana niecierpliwiła się kiedy to będzie mogła pożegnać aktualny rok, który nie był dla niej zbyt łaskawy, a powitać nowe, ma nadzieję dużo lepsze i szczęśliwsze dla niej i jej bliskich 12 miesięcy.
Marco zaproponował ukochanej, że to w ich domu odbędzie się przyjęcie z tej właśnie oto okazji. Wspólnie zdecydowali jednak, że będzie to mała, kameralna impreza tylko z najbliższymi przyjaciółmi.
Żeby jednak było co pamiętać, blondyn starał się zapewnić jak najwięcej atrakcji.
Z samego rana udał się do sklepu po alkohol. Chciał urozmaicić menu, więc kupił dużo zróżnicowanych trunków, różnego pochodzenia.
Diana w tym czasie piekła ciasteczka oraz swoje ukochane ciasto marchewkowe za którym Marco raczej nie przepada. W czasie gdy jej wypieki były w piekarniku, sama wzięła się za sprzątanie i zmianę ozdób na bardziej Noworoczne.
Kiedy czarnowłosa krzątała się spokojnie po mieszkaniu, co chwilę coś przestawiając, usłyszała dźwięk telefonu,który informował o próbie połączenia. Spojrzała na ekran,gdzie wyświetlił się spory napis ,,Marco ; ** '' W mgnieniu oka odebrała.
- Halo?
- Hej kochanie. Mogłabyś zejść na dół? Mam dużo zakupów i....
- Potrzebujesz pomocy?-zachichotała.
- Dokładnie.-mruknął.
- Już idę!
- Tylko pamiętaj zamknąć mieszkanie....ten cieć od szczotek, wchodzi do mieszkań.
- Dobra, nie dramatyzuj.-westchnęła,rozbawiona po czym się rozłączyła.
Chwilę później była już na dole pomagając ukochanemu. Gdy obładowani przeróżnymi produktami weszli do mieszkania, do nozdrzy piłkarza napłynął drażniący go zapach. Zatrzymał się w przedpokoju i wymownie spoglądając na ciemnowłosą odparł:
- Serio? Ciasto marchewkowe?
- No co, chyba też mam prawo ? - Dziewczyna przewróciła oczami kierując się do kuchni, gdzie odłożyła ciążące jej rzeczy.
- Dobrze, kochanie, przepraszam. Możesz gotować, piec lub smażyć co tylko chcesz. -powiedział skruszony, lecz także rozbawiony zachowaniem Diany.
- No właśnie, egoisto!-zaśmiała się.-Mój egoisto...-wyszeptała.
Zaczęli zbliżać się do siebie. Marco przyparł dziewczynę do szafki kuchennej,a jego dłonie zatrzymały się na jej biodrach. Gdy gotów był wpić się w jej usta, usłyszeli dzwonek telefonu. Marco odskoczył od ukochanej i lekko zdenerwowany podreptał do salonu po telefon. Od razu nacisnął opcję ,,Odbierz'', tak naprawdę nie zdążając przeczytać kto dzwoni.
- Halo?
- Cześć mój kochany Marcusiu!-usłyszał głos swojej chrzestnej.
- O witaj ciociu...
- Chciałam tylko zaprosić was na obiad. W niedziele.
- Dobrze ciociu, postaramy się przybyć.
- Mam taką nadzieję.
- Dziękujemy za zaproszenie,ale teraz muszę kończyć,bo mam zielone światło!- Skłamał.
Ciotka uwierzyła w marne kłamstwo Marco i odpuściła dalszą dyskusję.Teraz on i Diana mogli kontynuować przerwaną przez ciocię Helcię czynność.
Blondyn oparł Dianę o ścianę i oboje zatracili się w namiętnym pocałunku.Nie odrywając się od siebie, skierowali się do sypialni, jednak po drodze potknęli się o kanapę upadając na nią. Wtedy właśnie Diana zza głowy Marco ujrzała zegarek, oderwała się od niego jak oparzona i zaczęła panikować.
- Już po 18, zaraz zaczną przychodzić goście! - Złapała się za głowę, biegnąc do kuchni by dokończyć przygotowanie potraw i przekąsek.
- Spokojnie kobieto! Mamy jeszcze godzinę! Uwiniemy się...- Zaczął poruszać znacząco brwiami.
- Marco, uspokój się.- Zachichotała, lekko się rumieniąc.
- Kocham jak się rumienisz. - Złapał ją za rękę przyciągając do siebie. - Kocham ciebie. - Wyszeptał.
- Ja ciebie też. - Odparła zarzucając mu ręce na szyje i uśmiechając się. Poczuła jak blondyn delikatnie dotyka jej ust by następnie obdarzyć ją długim gorącym pocałunkiem. Czarnowłosa chętnie oddawała pocałunki, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej namiętne. Reus widząc w tym zgodę zaczął prowadzić ją w stronę kanapy na której to leżeli kilka minut temu. Marco chwycił skaj jej sylwestrowej sukienki po czym zdjął ją swojej ukochanej przez głowę.Zaczął rozpinać jej stanik, w czasie kiedy ona odwrócona była do niego twarzą. Uśmiechała się do niego zalotnie, więc chwilę później trwali w namiętnym i pełnym miłości pocałunku. Ręce blondyna krążyły po jej ciele, czule je pieszcząc. Diana chwilkę później nie pozostała dłużna swojemu chłopakowi i zdjęła z niego koszulę. Reus składa pocałunki na jej całym ciele,a ona jęczy z przyjemności jaką obdarowuje ją ukochany. Oboje łapią głośno oddechy,a ich pieszczoty przepełnione są rozgorączkowaną namiętnością. W pewnym momencie usłyszeli dzwonek do drzwi i zamarli w dziwnej pozycji.
- Cholera jasna! - Krzyknął zirytowany piłkarz.
- Wszystko przez Ciebie, zachciało Ci się nie wiadomo czego...- Zaczęła obwiniać ukochanego - Otwórz - Odparła wstając. Wzięła swoją sukienkę i zamknęła się w łazience, by doprowadzić się do porządku. Reus w tym czasie, szybko się ubrał i poprawiając dłonią fryzurę zrobił tak jak powiedziała Diana.
- Hej...- Rzekł niepewnie witając w progu swojego mieszkania Łukasza z Ewą.
- No cześć gołąbeczku! - Zawołała Ewka, szczerząc się jak głupi do sera. - Wiem, nie tłumacz się...młody jesteś! - Chichotała razem z Piszczkiem.
- Co? - Blondyn nie rozumiał.
- Stoimy pod waszymi drzwiami dobre 10 minut. - Łukasz nie krył swojego rozbawienia. - Następnym razem proponuje iść do sypialni a nie w salonie...
- Wszystko słychać...
- Zabije was! - Wrzasnął rozbawiony Marco. - Nie wierzę...mama was nie nauczyła ,że nie wolno podsłuchiwać?
- Przestań. - Nruknął Piszczu. - Oooo Diana, witaj kochanie! - Małżeństwo Piszczków wtargnęło do środka mieszkania .Piszczkowie pomogli Marco i Dianie w ulokowaniu w salonie wszystkich przygotowanych przekąsek i alkoholu, a po kilku minutach dołączyła do nich reszta zaproszonych gości i przyjęcie mogło się zacząć.Wszyscy, świetnie się bawili już od pierwszych minut tej małej, lecz nie gorszej od innych imprezie.
Impreza trwała w najlepsze i na pewno nikt nie chciał jej przerywać. Niestety, trzeba było przystopować,bo właśnie na zegarach wybijała godzina 23.57. Kameralny DJ, czyli Kubuś, wyłączył muzykę i w mieszkaniu słychać było jedynie ciche ploteczki kobiet i śmiechy mężczyzn.Marco ukradkiem pobiegł po szampany,które stały na blacie w kuchni. Specjalnie kupił ich więcej,ponieważ wiedział,że szampan plus wódka i whiskey, równa się - szybki zgon. Nie długo po jego powrocie do salonu rozpoczęło się odliczanie.
Niedługo po jego powrocie do salonu rozpoczęło się odliczanie.
- Dziesięć,dziewięć,osiem,siedem,sześć,pięć,cztery, trzy , dwa, jeden....NOWY ROK! - Po całym mieszkaniu rozległ się wrzask i pisk dziewczyn,które bardzo cieszyły się z nadejścia nowego roku.
- Ej, a fajerwerki? - Zapytał lekko pijany Piszczek.
- O cholera ! Zapomniałem.... - Wyznał Marco. - Idźcie szybko na parking! Ja idę po fajerwerki!
- Masz?
- Jasne! - Rzekł i pobiegł do jakiegoś pomieszczenia w mieszkaniu.
- Weź zimne ognie! - Krzyknęła Diana, wychodząc z całą brygadą z mieszkania. W dłoniach trzymali lampki z szampanem.
Chwilę później wszyscy byli na parkingu,Marco również do nich dołączył z całym zapasem fajerwerków. Dla Diany i dziewczyn miał te zimne ognie,o które wcześniej upominała się jego ukochana.
- Odpalamy?
- Daj to małolacie, bo Ci ręce urwie przy samym tyłku! - Kuba wyrwał race z rąk młodszego przyjaciela,Reus'a. Blondyn postanowił się nie awanturować przed swoim blokiem i to w sylwestra, dlatego przystanął obok swojej ukochanej i razem podziwiali pojedynczo, wystrzelane w niebo fajerwerki.
Każdy z obecnych na parkingu posiadał kilka sztuk sztucznych ogni,dzięki czemu wszystko wyglądało bajecznie.
- Kocham Cię.-wyszeptał Marco, obejmując Dianę.
- Ja kocham, gdy mi to mówisz...
- Ej, a mnie nie kochasz? - Skrzywił się.
- eeeee...-
- Osz Ty! - Zaśmiał się szaleńczo, a Diana, chwilkę później leżała na śniegu. Nie została Reusowi dłużna. Skutecznie pociągnęła Marco za nogę,a ten przewrócił się i upadł tuż obok niej. Po prostu zaczęli tarzać się w śniegu jak małe dzieci. Przestali to robić dopiero wtedy,gdy Marco oberwał śnieżką od Marcela,który z wielkim zacieszem na twarzy lepił następną śnieżkę. Tak właśnie zaczęła się bitwa na śnieżki,która trwała grubo ponad pół godziny. Po tym czasie, całkiem mokre towarzystwo wróciło do mieszkania. Oczywiście, Diana i Marco załatwili im ubrania zastępcze i dopiero wtedy impreza rozkręciła się na maksa! Alkohol lał się strumieniami,aż w końcu Mats odpadł. Zaległ na kanapie, wyglądem przypominając nieboszczyka.Za Matsem po kolei odlatywali, Marcel,Mario, Ewa,Agata oraz Jenny. Najsilniejszymi okazali się być Kuba, Łukasz , Cathy oraz rzecz jasna Diana z Marco,którzy specjalnie opuszczali kolejki. Około czwartej nad ranem, Blondyn i Czarnowłosa udali się do sypialni,aby dokończyć to co rozpoczęli tuż przed przyjęciem.
------------------------------------
Powracam. Witajcie...
Rozdział napisany przez : Nika Majewska i Izaa Tarnoś.
Pamiętaj- czytasz - komentujesz! :)
Okej, przepraszam za to,że znikłam po prostu...ale nie mogłam pisać,czytać i komentować...wszystko przez to,że kilka dni temu popełniłam największy błąd w życiu i ...próbowałam się pozbierać.
Chciałam przeprosić i przepraszam.
Przy okazji powiem,że dodałam rozdział na blog o Izie i Patrycji.
czas-na--zmiany-e.blogspot.com
A na blogu o Victorii, rozdział pojawi się po 1 września.
Pozdrawiam, Tarnoś.
czwartek, 22 sierpnia 2013
Rozdział 20.
*
Za dużo czasu już minęło od jej pierwszego strzału. Patrząc na statystyki w jej głowie, sporządzone podczas obserwacji znajomych ćpunów, można byłoby stwierdzić,że Diana już dawno powinna nie żyć. Jednak żyje i ma się dobrze. Teraz wszystko jest na właściwych torach,a ona sama żywi nadzieję,że więcej razy się nie wykolei. Jest zbyt silna. To jej chart ducha sprawił,że nie popełniła największej zbrodni . Zbrodni na samej sobie.
Przez tak długi okres czasu zrozumiała,że ona sama do nieba ma całkiem niedaleko.To tylko jeden strzał. Dianie tak niewiele potrzeba,aby go wykonać. Ale jednak czas na przełom. Ta młodociana narkomanka rodzi się na nowo. Czas dać sobie szansę.
*
Marco tętni życiem. Wydaje się być najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Codziennie ma wspaniały humor i nie tylko dlatego,że nadchodzą jego ulubione święta,lecz dlaczego,że w końcu mu się udało i jest z Dianą. Tak naprawdę dopiero teraz poczuł co to znaczy mieć szczęście. Dla niego szczęście to nie pieniądze, sława, drogie hotele czy samochody. Dla niego szczęście to Diana.
Jutro wigilia. W mieszkaniu Diany oraz Marco trwają przygotowywania do kolacji. To dla nich obojgu wielka frajda. Szczególnie dla Diany,która cała ubrudziła się bitą śmietaną.
-Jesteś niemożliwa!-Marco dusił się ze śmiechu.
-Ty też.-parsknęła.-Tylko jakieś głupie serniki byś piekł! Trzeba robić różne ciasta.
-Na pewno nie zrobimy ciasta marchewkowego! Wybij to sobie z głowy.-zaśmiał się.
-No ale dlaczego?-zrobiła minę szczeniaczka.
-Nie wypada, kochanie.-puścił jej oczko.-Robimy serniczki moje ulubione!
-Marco, ogarnij się!-zachichotała.-A poza tym, kto będzie na Wigilii?
-Potwierdzenia mamy u Mario z osobą towarzyszącą.-mówił niczym kelner.-Błaszczykowskich,którzy jednak zdecydowali się nas odwiedzić oraz Piszczkowie,którzy tak jak poprzednia para zrezygnowali z wyjazdu do Polski.
-Hahaha ,przestań tak mówić.-pękała ze śmiechu.-Bądź normalnym Marcusiem.-uśmiechnęła się zalotnie.
-Więc wpadnie jeszcze kilku znajomych...?-zaśmiał się unosząc znacząco brew.
-Głupek jesteś.-mruknęła i delikatnie pocałowała go w usta.-Musimy kupić prezenty,więc mów mi tu zaraz kto przyjdzie.-cmoknęła go jeszcze raz.
-Błaszczykowscy, Piszczki,Mario i jego Juliet, moja chrzestna ciocia Helga, kuzyn Emanuel z żoną Ritą i ich córeczka Leyla. To wszyscy kochanie.
-Nie bolało, widzisz?-pogłaskała Reus'a po jego perfekcyjnie ułożonych włosach.-Powiemy im,że jesteśmy razem ?
-Tak.-uśmiechnął się i objął jej twarz dłońmi.-Kocham Cię.
-Ja Ciebie również, a tymczasem,zabierajmy się do pracy!-pokazała dłonią na stół, na którym walały się składniki do ciast i innych potraw.
~24 Grudzień.Wigilia.
Diana i Marco zdążyli zakupić już prezenty dla gości. W tajemnicy przed sobą kupili upominki dla siebie wzajemnie. Rzecz jasna,Marco,jako ten zakochany wariat kupił swojej ukochanej, coś naprawdę wspaniałego i kosztownego, czyli samochód. Diana,zaś postawiła na coś tańszego,ale również wspaniałego,czyli ogromny obraz, a dokładniej kolaż z ich zdjęciami z wakacji na Krecie. Marco, jak i Diana nie mogli się doczekać rozpakowania podarunków.
Właśnie dochodziła dziewiętnasta. Na stole wszystko było gotowe. Ciepłe dania,kończyły się piec,gotować lub smażyć. Marco biegał po domu jak opętany, ciągle coś poprawiając i przestawiając. Strasznie denerwowało to spokojną na ogół Dianę.
-Usiądź!-krzyknęła w końcu.-Za pół godziny zaczną przychodzić goście. Umiesz spokojnie poczekać?
-Nie.-zaśmiał się.-No dobra...poustawiam te prezenty pod choinką.-dał propozycję samemu sobie i zaraz zaczął ją wykonywać.
-Wariat.-westchnęła.-Przeżywam pierwsze święta w takiej atmosferze.-wyznała.
-A wcześniej? Rok temu jak spędzałaś?
-Nie pamiętam. Chyba na dworcu.
-Diana,aż mi się na sercu ciężko robi, kiedy słucham....o tym.
-Spokojnie, teraz jestem bezpieczna z Tobą.-wtuliła się w niego.
-Wiem.-uśmiechnął się lekko.-Patrz, chyba Mario przyjechał!-podbiegł do okna.
-Faktycznie.-potwierdziła,a w jej głowie zaczęło krążyć miliomy myśli...Właśnie wtedy, mimowolnie zaczęło przypominać jej się zdarzenie z dyskoteki. A wracając do ów wydarzenia, za równy miesiąc ma odbyć się rozprawa w sądzie,która umocni wyrok na Klausie,tym bezwzględnym gwałcicielu. Diana, nie umiała z tym żyć, ale w końcu zaczęła zapominać i rodzić się na nowo.
-Witaj Mario! Witaj Juliet!-zawołał Marco, od razu po otwarciu drzwi.
-Wesołych Świąt!-wtórowała mu Diana.
-Witajcie!-odpowiedzieli wspólnie.
-Wejdźcie, proszę.-Marco zaprosił pierwszych gości do środka.-Prezenty połóżcie pod choinką.-zachichotał.- sam poszedł zanieść płaszcze do garderoby.
-Jak tam samopoczucie?-zapytała Diana.
-Świetnie! To chyba będą najlepsze święta w moim życiu.-`stwierdził wesoło Mario.-Chociaż tak naprawdę nigdy nie zapomnę świąt u ciotki Marthy....-jego opowieść życia przerwał dzwonek do drzwi.
-Wybaczcie, pójdę otworzyć.-rzekła,uśmiechając się lekko. Stanęła przy drzwiach, czekając aż Marco stanie obok niej i sam, jako właściciel domu, je otworzy.
-Otwieraj,kocie.-zaśmiała się cicho. W drzwiach stał Kuba, który trzymał za rękę swoją ukochaną narzeczoną Agatę.
-Dobry wieczór moje mordki!-przywitał ich, jakże przyjaźnie Marco.
-Cześć blondasku.-uśmiechnęła się słodko, narzeczona kapitana Reprezentacji Polski.-Witaj, moja kochana, Dianko.
-Kubuś, co się tak szczerzysz?-spytał przyjaciela Reus.
-Piszczki moje kochane idą!-prawie krzyknął.
Czarnowłosa oraz blondyn, powitali Piszczków oraz resztę świeżo przybyłych. Okazało się,że wszyscy dotrzymali obietnicy i zjawili się w mieszkaniu Reus'a.
Wszyscy zasiedli przy sole, aby chwilkę pokonwersować,lecz niedługo później zaczęli dzielić się opłatkiem.
-....I żebyś zapomniała drogi do tamtego życia.-szepnął Kuba, składając życzenia Dianie.
Do czasu rozpakowywania prezentów, kolacja przebiegała w całkiem spokojnej i miłej atmosferze. Oczywiście Piszczu i Kuba musieli się pokłócić,ale jak to prawdziwi przyjaciele, nic ich nie poróżni.
-No to teraz rozpakowujmy te prezenty!-niecierpliwił się chyba najbardziej dziecinny z obecnych w mieszkaniu-Mario!
-Okej.-zgodził się gospodarz.-Ale żeby było jeszcze fajniej, mamy dla was super wiadomość!
-Jaką?
-My, to znaczy Diana i Ja....jesteśmy razem!-powiedział triumfalnym głosem, a na dowód ich miłości pocałowali się na środku pomieszczenia,w którym się znajdowali,czyli salonu.
Chyba najbardziej z tej informacji ucieszyli się Kuba i Agata,którzy biernie im kibicowali.
Następnie goście zaczęli rozpakowywać prezenty. Na prośbę Diany, ona i on mięli to zrobić na końcu.
-Okej, widzę,że już macie swoje prezenty.-uśmiechnął się.-Teraz moja kochana Diana, dostanie prezent!-zaczął zawiązywać chustką jej oczy.-Ubierajcie się,ponieważ musimy zejść na parking.
-Co?!-krzyknęła czarnowłosa.
-Nie awanturuj się, kochanie.-szepnął do niej.
W mniej niż pięć minut, wszyscy byli już na parkingu. Zadowolony Reus prowadził Dianę na samym przodzie tej ,,pielgrzymki''
-Tamtamratam...-wykrzykiwał blondyn.-Proszę bardzo! Oto prezent dla mojej ukochanej!-odwiązał chustę,a jej oczom ukazał się pięknie przyozdobiony samochód, a dokładniej Audi R8.
-Marco?! Oszalałeś?!-zaczęła skakać z radości.-Dziękuje!Dziękuje!Dziękuje!
-Kocham Cię.-wyszeptał.-Nie dziękuj, wystarczy,że będziesz przy mnie.
-Na zawsze....-dokończyła.
--------------------------------------------------
Hej : )
Mam dla Was świetną wiadomość! Od niedawana to opowiadanie, będę pisała z Niką Majewską! :>
Na pewno kojarzycie ją z takich cudeniek jak Krok w stronę lepszego życia, czy Jedna chwila zmienia wszystko- opowiadanie,które teraz ja kontynuuje.
A wracając do tamtego opowiadania...rozdział pojawi się pod koniec wakacji lub na początku września. Chodzi tutaj o to,że nie będę miała czasu pisać,a na dodatek nie mam pomysłu i jak tylko się za nie wezmę mam pustkę w głowie ;/
Dobrze,więc to tylko ogłoszeń parafialnych....
Czytasz-komentujesz, pamiętaj :)
Dziękuje, pozdrawiam! ;**
Subskrybuj:
Posty (Atom)
