piątek, 18 października 2013
Rozdział 27.
''Nie wiem, czy zaczynam żyć,czy przestaje umierać.''
Nastał ranek. Diana podniosła się z łóżka. Miała podpuchnięte oczy. Dziwnym było,że twarz jej była jeszcze mokra od łez. Z ledwością podniosła ciężkie powieki i rozejrzała się po sypialni. Nie zauważyła nic ,,ciekawego'' dlatego podniosła się z łóżka i podreptała po ubrania. W między czasie wytarła łzy chusteczką higieniczną. Była taka słaba, czuła to. Przed pójściem pod prysznic dziewczyna poszła do pokoju swojego synka,aby sprawdzić czy śpi. Kiedy uchyliła drzwi ujrzała widok,który ją rozczulił,choć na początku zdenerwował. Zobaczyła Marco, śpiącego na podłodze,opartego o łóżeczko syna. Na początek, chciała go rozszarpać i wywalić z mieszkania,ale później,gdy przyjrzała się ,,zjawisku'' zrobiło jej się żal tego,że Marco musi spać na niewygodnej podłodze. Cichutko podeszła do blondyna i zaczęła nim delikatnie potrząsać,aby się przebudził,lecz nie rozbudził,bo nie miała ochoty z nim rozmawiać.
-Wstań...obudź się...-szeptała, lekko go szarpiąc; przy tym poczuła jego boskie perfumy, przez które mimowolnie dostawała gęsiej skórki.
-Boże, po co...chcę spać...-mamrotał pod nosem.
-Oj, Marco!-westchnęła.-Szybko!
-Dianka?-mruknął z nadzieją.
-Tak, chodź Marco. Położysz się w moim łóżku, dośpisz.
-Coś Ty taka miła?
-Nie pogrążaj się!-warknęła. Reus wstał i podążył za Dianą do jej sypialni. Dziewczyna wskazała mu łóżko na którym miał się położyć,a sama wyszła. Pokierowała się do kuchni, w której zaczęła robić śniadanie.Gotowe kanapki i sałatki wraz z omletami postawiła na stole w salonie. Włączyła telewizor i usadowiła się na kanapie, czekając na gości, by Ci się obudzili. W pewnym momencie jednak, usłyszała swojego synka, jak coś ,,mówi'' a wydawane przez niego dźwięki , przeplatały się z płaczem. Szybko zatem pobiegła do synka i wykonała rutynowe czynności ,rozpoczynające się na zmianie pampersa po karmienie maluszka. Po tych ,,zabiegach'' posadziła swoją perełkę na kanapie, przed telewizorem i włączyła mu bajki, a ten z wielką przyjemnością oglądał. Po niecałym kwadransie do Diany i Feliksa dołączył Kuba,a zaraz po nim- Agata.
-Jak się spało?-zapytała uśmiechnięta Diana.
-A dobrze.-rzekł Kuba.-Ooo widzę,że mój mały Feliks już nie śpi! Chodź do wujka!-podniósł dziecko do góry i zaczął się z nim przekomarzać, jak to Kuba.
-Wojtek poszedł do domu?-zapytała Diana, zauważając jego nieobecność.
-Tak, jak zasnęłaś to powiedział,że on też spada.-odpowiedziała Aga.
-Och, dobra, siadajcie do stołu, a ja włożę te omlety do mikrofali...-powiedziała wesoło Diana.-Chcecie kawę czy herbatę?
-My z Kubusiem, poprosimy kawę.-uśmiechnęła się promiennie blondynka.-A tamtemu też zrób kawę.
-O boże,zapomniałam o nim.-westchnęła.-Idę go obudzić, Aguś, popilnujesz ekspresu ?
-Jasne, idź.-uśmiechnęła się.
Diana pobiegła truchtem do swojej sypialni, w której spał jej były, Marco.,,W sumie dawno nie gadaliśmy, brak mi go.''-myślała, lecz szybko się karciła i wspominała wszystkie krzywdy jakie jej wyrządził. Podeszła do łóżka i ujrzała jego zamknięte oczy. Był taki niewinny. Chciała go przytulić, lecz odpychało ją...bała się.
-Marco! Marco śniadanie...-potrząsała nim lekko.-Obudź się!
-Ooo!-otworzył oczy i się przeciągnął.-Jak mi się dobrze spało...-mruczał.-Dzień dobry.
-Mhm, dzień dobry.-nie umiała powstrzymać lekkiego uśmiechu.-Wstawaj, bo śniadanie jest.
-Dobrze, dziękuje.-uśmiechnął się.-Zasnąłem w ubraniach, więc jestem gotowy.-zachichotał.-Idziemy?-skierował się do drzwi wyjściowych z sypialni.-Coś nie tak?-zapytał, gdy dziewczyna cały czas siedziała nieruchomo na łóżku.
-Musimy pogadać...-szepnęła.-Bo miłość to taki stan, kiedy...nie obchodzą Cie krzywdy wyrządzone przez ukochaną osobę. Chcesz, po prostu chcesz,żeby była przy Tobie. Choć bardzo Cię zraniła i znienawidziłeś ją...to i tak ją kochasz.
-Diana, ja Cię kocham...bardzo...-uklęknął przed nią i chwycił jej dłonie.-Jest mi wstyd...nie wiem dlaczego...nie wiem dlaczego tak wyszło. Dwa lata bez Ciebie to jak... podwójna śmierć...
-Oglądałam Cię w telewizji.-mruknęła spuszczając wzrok.-A tak naprawdę to... zraniłeś mnie. Okropnie zraniłeś. Nie dawałam sobie rady, rozumiesz?! Bez Ciebie...
-Wiem...-szepnął.
-Myślałam,że nigdy mój syn Cię nie pozna. Byłam z siebie dumna! Dumna,że odpuściłam...tak naprawdę nigdy nie odpuściłam swojej miłości. Po prostu Cię znienawidziłam.
-Wiem...
-Tracąc Cię, wiedziałam ,że jeśli odpuszczę czegokolwiek, to umrę. Rozumiesz? Umrę narkomańską śmiercią. Ale za sobą pociągnęłabym Feliego. To przez Ciebie! Nie chciałeś go... bałeś się.
-Wiem...
-Marco! Nic nie wiesz! Nie wiesz co przeżywam! Nic nie wiesz!-zaczęła uderzać w jego klatkę piersiową, roniąc łzy. On patrzył na to i pokornie czekał,aż Diana wyładuje na nim swoją siłę. Po chwili przestała. -Nienawidzę Cię!
-Diana...ja to wszystko wiem. Wiem,że Cię kocham, a ty kochasz mnie. Wiem,że Cię cholernie zraniłem i zachowałem się jak świnia! Wiem,że kocham mojego synka..i...pragnę przebaczenia.
-Marco!-zawyła i przytuliła się do jego silnych ramion.
-Diana!-przytulił ją całą siłą.-Czy dasz nam drugą szansę?-zapytał z nadzieją w głosie.
-Nie...nie teraz...zrozum..-wyszeptała.-Nie teraz.
-Rozumiem.-uśmiechnął się do niej smutno, cały czas przytulając jej ciało.
-------------------------------------------
Helloł ;3
Mam takie coś.
Podoba się ? :>
Cokolwiek zamierzasz zrobić,o czymkolwiek marzysz,zacznij działać. <---------------- Wchodźcie, czytajcie, komentujcie! Bardzo polecam to opowiadanie! Szczególnie dlatego,że jest genialne! Pisane przez świetną bloggerkę. :)
niedziela, 13 października 2013
Rozdział 26.
Po piętnastu minutach czekania Czarnowłosa usłyszała dzwonek do drzwi.
-Wchodźcie!-zawołała. Po chwili usłyszała głosy, swoich najbliższych.Uśmiechnięta weszła do korytarza,aby się przywitać. Ujrzała Kubę, Agatę i Jego...Zamarła.
-Kuba, co on tutaj robi?...-wyszeptała.
-Wybacz,musiałem.-rzekł.
-Jak to musiałeś?!-wrzasnęła,lekko przerażona obecnością osoby,która była dla niej całym światem. Bała się,że mu wybaczy.
-Nie widzisz? Nie radzisz sobie...Feliks potrzebuje ojca!-próbował przetłumaczyć dziewczynie Błaszczykowski.
-Nam jest dobrze, tak jak jest. Wcale nie potrzebuje pomocy.-broniła się.-A Ty wyjdź!-krzyknęła do blondyna,który stał z tyłu ze spuszczoną głową.-Co teraz czujesz skruchę?! A jak nie miałam pieniędzy na mleko dla syna to jakoś nie pamiętałeś ,że w ogóle mnie znałeś.
-Diana..-mruknął Kuba.
-Nie! Marco wyjdź!-wrzasnęła.-Wyjdź!
Blondyn odwrócił się, a przed wyjściem z mieszkania Błaszczykowski szepną mu cicho ''czekaj na schodowej klatce''.
Czarnowłosa spojrzała wściekle na Agatę,a później na Kubę, po czym ruszyła nerwowo do kuchni. Za nią podążył obecny tam Wojtek, na którego dziewczyna zła nie była.Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach.
-Dlaczego oni mi to zrobili?-chlipnęła.
-Chcą dla Ciebie jak najlepiej, kochana...-objął ją ramieniem.
-Dlatego przyprowadzili tutaj człowieka,który zniszczył mi życie?!
-Przyprowadzili tutaj człowieka,którego kochasz.-powiedział tuląc ją coraz bardziej.-Spójrzmy prawdzie w oczy.
-Nie...
-Dlaczego zaprzeczasz? Pamiętasz jak się upiłaś na moich urodzinach? Mówiłaś,że kochasz takiego dupka.-uśmiechnął się, chcąc wywołać u niej poprawę humoru.
-Wojtek.-szturchnęła przyjaciela.-Może to prawda...ale nie chce...
-Nie kłam.-zachichotał.-Chcesz go zobaczyć, przytulić...
-Zranił mnie. Nie widzieliśmy się dwa lata. Może zapomnieć o przebaczeniu.
-Ale wpuść go do domu... jest zimno.-uśmiechnął się Kuba, który właśnie wszedł do kuchni.
-Kuba ma racje.-rzekł Szczęsny.-Zawołam go.
-Wojtek!-szarpnęła go za bluzę,gdy ten wstał.
-Tak?
-Nie widzisz? Nie radzisz sobie...Feliks potrzebuje ojca!-próbował przetłumaczyć dziewczynie Błaszczykowski.
-Nam jest dobrze, tak jak jest. Wcale nie potrzebuje pomocy.-broniła się.-A Ty wyjdź!-krzyknęła do blondyna,który stał z tyłu ze spuszczoną głową.-Co teraz czujesz skruchę?! A jak nie miałam pieniędzy na mleko dla syna to jakoś nie pamiętałeś ,że w ogóle mnie znałeś.
-Diana..-mruknął Kuba.
-Nie! Marco wyjdź!-wrzasnęła.-Wyjdź!
Blondyn odwrócił się, a przed wyjściem z mieszkania Błaszczykowski szepną mu cicho ''czekaj na schodowej klatce''.
Czarnowłosa spojrzała wściekle na Agatę,a później na Kubę, po czym ruszyła nerwowo do kuchni. Za nią podążył obecny tam Wojtek, na którego dziewczyna zła nie była.Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach.
-Dlaczego oni mi to zrobili?-chlipnęła.
-Chcą dla Ciebie jak najlepiej, kochana...-objął ją ramieniem.
-Dlatego przyprowadzili tutaj człowieka,który zniszczył mi życie?!
-Przyprowadzili tutaj człowieka,którego kochasz.-powiedział tuląc ją coraz bardziej.-Spójrzmy prawdzie w oczy.
-Nie...
-Dlaczego zaprzeczasz? Pamiętasz jak się upiłaś na moich urodzinach? Mówiłaś,że kochasz takiego dupka.-uśmiechnął się, chcąc wywołać u niej poprawę humoru.
-Wojtek.-szturchnęła przyjaciela.-Może to prawda...ale nie chce...
-Nie kłam.-zachichotał.-Chcesz go zobaczyć, przytulić...
-Zranił mnie. Nie widzieliśmy się dwa lata. Może zapomnieć o przebaczeniu.
-Ale wpuść go do domu... jest zimno.-uśmiechnął się Kuba, który właśnie wszedł do kuchni.
-Kuba ma racje.-rzekł Szczęsny.-Zawołam go.
-Wojtek!-szarpnęła go za bluzę,gdy ten wstał.
-Tak?
-Idź z nim do sklepu po jakieś dobre chipsy. Muszę się ogarnąć.-powiedziała spokojnie, lecz oczy nadal miała wściekłe. Wojtek tylko kiwnął głową i wyszedł. Diana poszła do toalety. Nie odezwała się do Kuby, ponieważ sama nie wiedziała co ma o tym myśleć. Nienawidziła Marco, ale w głębi duszy, kochała go i chciała,aby Feliks miał ojca. Obawiała się jednak,iż Reus jest zdolny do tego,że zrani ją jeszcze raz, przez co ta się załamie i zrobi coś głupiego.
-Dianka, przepraszam za to...-odezwała się Agata, stojąc przy łóżeczku Feliksa.
-Przestań Agatka.-uśmiechnęła się do niej.
-Chcieliśmy,abyście się pogodzili...rozumiesz..
-Rozumiem,ale na pewno się nie pogodzimy.-warknęła.-Nienawidzę go.
-Ale Diana...
-O przez to wszystko się nie przywitałyśmy w ogóle.-ucięła temat,po czym przytuliła przyjaciółkę.
-Diana...-szepnęła.
Kobiety chwilę przyglądały się ślicznemu dziecku,które smacznie spało. Agata zrozumiała,że Diana chce powrotu Marco,lecz...nie teraz.
-Kochasz go.
-Nawet jeśli, to nie zapomnę.
-Poczekaj, bo się pogubiłam... Kochasz czy nienawidzisz?
-To jest zbyt trudne!-usiadła bezsilnie na krześle.
-Zdecyduj się.-uśmiechnęła się.
-Mi do śmiechu nie jest!-burknęła.-Zaraz tu przyjdzie facet, który cholernie mnie zranił.
-A Ty nadal go kochasz.
-Popieprzone.
-Jesteśmy!-do kobiet dotarł krzyk Wojtka z korytarza.
-Cholera!- Diana zaklęła pod nosem.
-Spokojnie miśku.-szepnął Kuba, który pojawił się ni stąd ni zowąd.-Nakrzycz na niego, później się nie odzywaj, a potem już z górki.-poklepał dziewczynę pokrzepiająco po plecach.
Wojtek wszedł do salonu a zaraz za nim dreptał Marco ze spuszczoną głową.
-Cześć.-odezwał się cicho.
-Ech...-Diana spojrzała na Kubę,aby dodać sobie odwagi. -Siadaj sobie gdzieś i bądź cicho! Nie mam ochoty na Ciebie patrzeć i nie chcę słuchać!-prychnęła na blondyna.-Jeżeli masz ochotę to się napij zaraz podam obiad.
-Diana...-mruknął.
-Powiedziałam,że nie chce Cię słuchać,tak?-warknęła.
-Mogę go zobaczyć?
-Potrafisz słuchać?!-krzyknęła,lecz zaraz złagodniała.-Możesz...
-Gdzie jest?-spytał cicho.
-Pokój z zielonymi drzwiami.-powiedziała oschle.-Nie próbuj teraz robić z siebie tatusia do rany przyłóż.
-Wiem,że nie zapomnisz tych dwóch lat,ale wybacz mi...
-Żartujesz w tym momencie?!
-Możemy porozmawiać w cztery oczy?-zapytał śmielej.
-Nie mamy o czym.
-Dianka, przepraszam za to...-odezwała się Agata, stojąc przy łóżeczku Feliksa.
-Przestań Agatka.-uśmiechnęła się do niej.
-Chcieliśmy,abyście się pogodzili...rozumiesz..
-Rozumiem,ale na pewno się nie pogodzimy.-warknęła.-Nienawidzę go.
-Ale Diana...
-O przez to wszystko się nie przywitałyśmy w ogóle.-ucięła temat,po czym przytuliła przyjaciółkę.
-Diana...-szepnęła.
Kobiety chwilę przyglądały się ślicznemu dziecku,które smacznie spało. Agata zrozumiała,że Diana chce powrotu Marco,lecz...nie teraz.
-Kochasz go.
-Nawet jeśli, to nie zapomnę.
-Poczekaj, bo się pogubiłam... Kochasz czy nienawidzisz?
-To jest zbyt trudne!-usiadła bezsilnie na krześle.
-Zdecyduj się.-uśmiechnęła się.
-Mi do śmiechu nie jest!-burknęła.-Zaraz tu przyjdzie facet, który cholernie mnie zranił.
-A Ty nadal go kochasz.
-Popieprzone.
-Jesteśmy!-do kobiet dotarł krzyk Wojtka z korytarza.
-Cholera!- Diana zaklęła pod nosem.
-Spokojnie miśku.-szepnął Kuba, który pojawił się ni stąd ni zowąd.-Nakrzycz na niego, później się nie odzywaj, a potem już z górki.-poklepał dziewczynę pokrzepiająco po plecach.
Wojtek wszedł do salonu a zaraz za nim dreptał Marco ze spuszczoną głową.
-Cześć.-odezwał się cicho.
-Ech...-Diana spojrzała na Kubę,aby dodać sobie odwagi. -Siadaj sobie gdzieś i bądź cicho! Nie mam ochoty na Ciebie patrzeć i nie chcę słuchać!-prychnęła na blondyna.-Jeżeli masz ochotę to się napij zaraz podam obiad.
-Diana...-mruknął.
-Powiedziałam,że nie chce Cię słuchać,tak?-warknęła.
-Mogę go zobaczyć?
-Potrafisz słuchać?!-krzyknęła,lecz zaraz złagodniała.-Możesz...
-Gdzie jest?-spytał cicho.
-Pokój z zielonymi drzwiami.-powiedziała oschle.-Nie próbuj teraz robić z siebie tatusia do rany przyłóż.
-Wiem,że nie zapomnisz tych dwóch lat,ale wybacz mi...
-Żartujesz w tym momencie?!
-Możemy porozmawiać w cztery oczy?-zapytał śmielej.
-Nie mamy o czym.
-Macie razem syna.-odezwał się Kuba.
-Nie wtrącaj się!-krzyknęła.-Marco, idź do mojego syna.
-Naszego.-poprawił ją Reus.
-Przepraszam ,że co?!-krzyknęła.-Jak w ogóle śmiesz?
-Diana, spokojnie...A Ty idź do Feliksa.
Dziewczyna naprawdę wyszła z siebie, słuchając tych wszystkich idiotycznych argumentów swojego byłego partnera. Według zaleceń Kuby, nie odzywała się do niego przez resztę dnia. W sumie nie musiała, bo ten cały czas był przy synu.
Noc nie była owocna dla Diany. Przepłakała ją. Ciałem i duszą.
--------------------------------------
Kiepskie ;c Ale trudno! :D
Podoba się? ;)
Pozdrawiam, Izaa!
-Nie wtrącaj się!-krzyknęła.-Marco, idź do mojego syna.
-Naszego.-poprawił ją Reus.
-Przepraszam ,że co?!-krzyknęła.-Jak w ogóle śmiesz?
-Diana, spokojnie...A Ty idź do Feliksa.
Dziewczyna naprawdę wyszła z siebie, słuchając tych wszystkich idiotycznych argumentów swojego byłego partnera. Według zaleceń Kuby, nie odzywała się do niego przez resztę dnia. W sumie nie musiała, bo ten cały czas był przy synu.
Noc nie była owocna dla Diany. Przepłakała ją. Ciałem i duszą.
--------------------------------------
Kiepskie ;c Ale trudno! :D
Podoba się? ;)
Pozdrawiam, Izaa!
piątek, 11 października 2013
Część 2, Rozdział 25.
~2 lata później. (mimo, że akcja będzie się działa jakoś 2 lata później to i tak czujmy/cie ,że to teraźniejszość tzn-Marco,Kuba i inni w Borussi i ogólnie bez zmian. Chodzi mi tylko o czas ;) )
Minęło kilka lat, dla Diany to chwila. Dokładnie dwa lata z dala od ukochanego mężczyzny,z którym ma dziecko.Pomimo jej nałogu i osłabionego przez narkotyki organizmu dziecko urodziło się zdrowe. Czternastomiesięczny Feliks nigdy nie widział swojego ojca,a ten prawdopodobnie nie wiedział o jego istnieniu. Chłopiec był bardzo podobny do ojca. Miał identyczne błyszczące oczka oraz bardzo podobny uśmieszek. Diana często przyglądając się synkowi, roniła łzę tęsknoty.
Czarnowłosa od wyprowadzki z Dortmundu na dobre zamieszkała w Londynie. Jest tam pod stałą kontrolą Wojtka Szczęsnego,przyjaciela Kuby. Szczęsny w zasadzie nie wiedział nic o Dianie. Nic poza tym,że była w związku z Reus'em i ma z nim dziecko. Bramkarz Arsenalu, nie miał pojęcia o jej przeszłości.
Dzisiejszy dzień, jak co dzień Diana zaczęła od odprowadzenia Feliksa do żłobka. Następnie młoda matka, musiała stawić się w miejscu pracy. Pracowała w banku. Nie było to jakieś wysokie stanowisko,ale wypłata idealnie wystarczała na żłobek, rachunki i życie. Opcja była całkiem komfortowa, ponieważ jej zmiana kończyła się o 13, a to była odpowiednia pora do odebrania synka z placówki.
Około 12 do Diany zadzwonił telefon. Nudziła się,więc ochoczo odebrała komórkę.
-Słucham ?
-Cześć Diana, tutaj Wojtek.-usłyszała miły głos.
-No cześć, co tam Wojtuś?
-Nudy, ale muszę Cię poinformować,że Kuba przyjeżdża!
-O popatrz,mi nic nie powiedział...
-Miał dzwonić.-powiedział.-Ale słuchaj...musisz wziąć wolne, bo zostaną na dłużej, wiesz o co chodzi... teraz jest przerwa w lidze.
-Masz racje, powinnam wziąć kilka dni wolnego.-przyznała.-Wiesz może kiedy dokładnie wpadają?
-Mają samolot o 18.
-Cooo? Ach, tak to Kuba...po nim można się wszystkiego spodziewać,a szczególnie czegoś takiego.-zachichotała.
-Dokładnie.-mruknął.
-Wojtek...
-Tak?
-Mówił coś o nim?
-Nie.-uciął.-Wychodzisz już z banku?-zmienił temat.-Jakby coś to podjadę po Ciebie.
-Tak, tak...wychodzę. Możesz podjechać.
-Okej, to pa.
Zaraz po rozmowie ze Szczęsnym, Diana pobiegła do swojego przełożonego z prośbą o kilka wolnych dni.
Jej szefem był młody biznesmen, prawdopodobnie kawaler. Był przystojny i dobrze zbudowany, dobrze zarabiał, więc można by rzec,że był ideałem. Dianę odpychało jednak jego zachowanie.
-Dzień Dobry, Bob.-ukłoniła się.
-Cześć Ana.-uśmiechnął się.-O co chodzi?
-Wciąż nie mogę się przyzwyczaić,że mówisz do mnie Ana.-zachichotała.-Ale nie o tym. Chciałabym Cię prosić o kilka dni wolnego.
- Oj Ana. No dobrze, dostaniesz wolne. Od jutra?
-Tak, proszę.
-Nie ma sprawy, Ana. Naprawdę Cię podziwiam...
-Dlaczego?-zaśmiała się.
-Masz malutkie dziecko, pracujesz...
-Da się przyzwyczaić, nie ma w tym nic nadzwyczajnego,Bob.-powiedziała.
-Hehe, no dobrze Ana. Więc widzimy się za tydzień?
-Tydzień?! Dziękuje!-podskoczyła.-A teraz wybacz, lecę po Feliego!-uśmiechnęła się promiennie.
-Cześć!-rzucił,gdy dziewczyna prędko zmierzała w stronę drzwi.
Diana radośnie wybiegła z banku. Na parkingu dostrzegła Wojtka,który opierał się o samochód. Widziała jego szeroki uśmiech,więc sama mimowolnie uniosła kąciki ust do góry.
-Witaj.-przywitał się.
-Hej.-odpowiedziała.-Jak tam, kolejny nudny dzień spędzony w domu?
-A dziękuje, dobrze. Czczę tych ludzi,którzy wynaleźli Playstation.-zachichotał.- A jak w pracy?
-Nudno,ale dzięki,że zadzwoniłeś.
-Oj, nie ma za co. To jak jedziemy?-zapytał.
-Jasne.
Wojtek, na początku podjechał pod żłobek. Diana szybciutko pobiegła po swojego ukochanego synka. Szczęsny wyczekał się trochę w samochodzie aczkolwiek było warto,gdyż Diana wróciła z ukochanym Feliksem. Wojtek był wujkiem tego szkraba, ale często zachowywał się jak jego ojciec.
-Ooo mój maluszek ukochany! Wuja Wojtuś Cię utuli!-wziął małego na ręce.-Ooo jaki przystojniak, zupełnie jak ja!
-Wojtek, ale to nie jest Twój synek.-zaśmiała się.-No ale wujaszka ma świetnego.-uśmiechnęła się promiennie.
-Ech, spłyciłaś mój entuzjazm...-mruknął ironicznie.-Co do wujka to się zgadzam.
Przyjaciele pojechali do mieszkania Diany. Okazało się,że lodówka jest pusta,więc zaraz po nakarmieniu Feliksa jedynym obecnym pokarmem-kaszkami dla dzieci, Wojtek,Diana i Feli pojechali na zakupy do pobliskiego supermarketu. Przy okazji zadzwonili do Kuby, z zapytaniem na jakim etapie podróży jest wraz z Agatą. Okazało się,że już nie długo będą lądować. Diana po przyjeździe do domu ugotowała obiad, czyli kaczkę w miodzie wg przepisu babci Wojtka. Feliks smacznie spał.
-Wojtek, wyjedź proszę po Kubę i Agę na lotnisko, bo wysłali mi eskę,że już są.-poprosiła Szczęsnego, robiąc swój znany trik z uśmieszkiem.
-Ależ oczywiście żonko.-zachichotał.
-Super, mężu!
Bramkarz pojechał, a Diana czuła,że coś jeszcze się wydarzy. Coś dziwnego. To dziwne uczucie ją paraliżowało.
Po piętnastu minutach czekania Czarnowłosa usłyszała dzwonek do drzwi.
-Wchodźcie!-zawołała. Po chwili usłyszała głosy, swoich najbliższych.Uśmiechnięta weszła do korytarza,aby się przywitać. Ujrzała Kubę, Agatę i Jego...Zamarła.
-Kuba, co on tutaj robi?...-wyszeptała.
-Wybacz,musiałem.-rzekł.
___________________________________________
Helloł ;)
No więc jestem. Bez depresji, doła i przygnębienia. CHYBA!
Przepraszam,że nie komentuje i ogólnie,ale odcięłam się od tego świata.
Postaram się nie zawieść.
Czytajcie! :)
Pozdrawiam!
Minęło kilka lat, dla Diany to chwila. Dokładnie dwa lata z dala od ukochanego mężczyzny,z którym ma dziecko.Pomimo jej nałogu i osłabionego przez narkotyki organizmu dziecko urodziło się zdrowe. Czternastomiesięczny Feliks nigdy nie widział swojego ojca,a ten prawdopodobnie nie wiedział o jego istnieniu. Chłopiec był bardzo podobny do ojca. Miał identyczne błyszczące oczka oraz bardzo podobny uśmieszek. Diana często przyglądając się synkowi, roniła łzę tęsknoty.
Czarnowłosa od wyprowadzki z Dortmundu na dobre zamieszkała w Londynie. Jest tam pod stałą kontrolą Wojtka Szczęsnego,przyjaciela Kuby. Szczęsny w zasadzie nie wiedział nic o Dianie. Nic poza tym,że była w związku z Reus'em i ma z nim dziecko. Bramkarz Arsenalu, nie miał pojęcia o jej przeszłości.
Dzisiejszy dzień, jak co dzień Diana zaczęła od odprowadzenia Feliksa do żłobka. Następnie młoda matka, musiała stawić się w miejscu pracy. Pracowała w banku. Nie było to jakieś wysokie stanowisko,ale wypłata idealnie wystarczała na żłobek, rachunki i życie. Opcja była całkiem komfortowa, ponieważ jej zmiana kończyła się o 13, a to była odpowiednia pora do odebrania synka z placówki.
Około 12 do Diany zadzwonił telefon. Nudziła się,więc ochoczo odebrała komórkę.
-Słucham ?
-Cześć Diana, tutaj Wojtek.-usłyszała miły głos.
-No cześć, co tam Wojtuś?
-Nudy, ale muszę Cię poinformować,że Kuba przyjeżdża!
-O popatrz,mi nic nie powiedział...
-Miał dzwonić.-powiedział.-Ale słuchaj...musisz wziąć wolne, bo zostaną na dłużej, wiesz o co chodzi... teraz jest przerwa w lidze.
-Masz racje, powinnam wziąć kilka dni wolnego.-przyznała.-Wiesz może kiedy dokładnie wpadają?
-Mają samolot o 18.
-Cooo? Ach, tak to Kuba...po nim można się wszystkiego spodziewać,a szczególnie czegoś takiego.-zachichotała.
-Dokładnie.-mruknął.
-Wojtek...
-Tak?
-Mówił coś o nim?
-Nie.-uciął.-Wychodzisz już z banku?-zmienił temat.-Jakby coś to podjadę po Ciebie.
-Tak, tak...wychodzę. Możesz podjechać.
-Okej, to pa.
Zaraz po rozmowie ze Szczęsnym, Diana pobiegła do swojego przełożonego z prośbą o kilka wolnych dni.
Jej szefem był młody biznesmen, prawdopodobnie kawaler. Był przystojny i dobrze zbudowany, dobrze zarabiał, więc można by rzec,że był ideałem. Dianę odpychało jednak jego zachowanie.
-Dzień Dobry, Bob.-ukłoniła się.
-Cześć Ana.-uśmiechnął się.-O co chodzi?
-Wciąż nie mogę się przyzwyczaić,że mówisz do mnie Ana.-zachichotała.-Ale nie o tym. Chciałabym Cię prosić o kilka dni wolnego.
- Oj Ana. No dobrze, dostaniesz wolne. Od jutra?
-Tak, proszę.
-Nie ma sprawy, Ana. Naprawdę Cię podziwiam...
-Dlaczego?-zaśmiała się.
-Masz malutkie dziecko, pracujesz...
-Da się przyzwyczaić, nie ma w tym nic nadzwyczajnego,Bob.-powiedziała.
-Hehe, no dobrze Ana. Więc widzimy się za tydzień?
-Tydzień?! Dziękuje!-podskoczyła.-A teraz wybacz, lecę po Feliego!-uśmiechnęła się promiennie.
-Cześć!-rzucił,gdy dziewczyna prędko zmierzała w stronę drzwi.
Diana radośnie wybiegła z banku. Na parkingu dostrzegła Wojtka,który opierał się o samochód. Widziała jego szeroki uśmiech,więc sama mimowolnie uniosła kąciki ust do góry.
-Witaj.-przywitał się.
-Hej.-odpowiedziała.-Jak tam, kolejny nudny dzień spędzony w domu?
-A dziękuje, dobrze. Czczę tych ludzi,którzy wynaleźli Playstation.-zachichotał.- A jak w pracy?
-Nudno,ale dzięki,że zadzwoniłeś.
-Oj, nie ma za co. To jak jedziemy?-zapytał.
-Jasne.
Wojtek, na początku podjechał pod żłobek. Diana szybciutko pobiegła po swojego ukochanego synka. Szczęsny wyczekał się trochę w samochodzie aczkolwiek było warto,gdyż Diana wróciła z ukochanym Feliksem. Wojtek był wujkiem tego szkraba, ale często zachowywał się jak jego ojciec.
-Ooo mój maluszek ukochany! Wuja Wojtuś Cię utuli!-wziął małego na ręce.-Ooo jaki przystojniak, zupełnie jak ja!
-Wojtek, ale to nie jest Twój synek.-zaśmiała się.-No ale wujaszka ma świetnego.-uśmiechnęła się promiennie.
-Ech, spłyciłaś mój entuzjazm...-mruknął ironicznie.-Co do wujka to się zgadzam.
Przyjaciele pojechali do mieszkania Diany. Okazało się,że lodówka jest pusta,więc zaraz po nakarmieniu Feliksa jedynym obecnym pokarmem-kaszkami dla dzieci, Wojtek,Diana i Feli pojechali na zakupy do pobliskiego supermarketu. Przy okazji zadzwonili do Kuby, z zapytaniem na jakim etapie podróży jest wraz z Agatą. Okazało się,że już nie długo będą lądować. Diana po przyjeździe do domu ugotowała obiad, czyli kaczkę w miodzie wg przepisu babci Wojtka. Feliks smacznie spał.
-Wojtek, wyjedź proszę po Kubę i Agę na lotnisko, bo wysłali mi eskę,że już są.-poprosiła Szczęsnego, robiąc swój znany trik z uśmieszkiem.
-Ależ oczywiście żonko.-zachichotał.
-Super, mężu!
Bramkarz pojechał, a Diana czuła,że coś jeszcze się wydarzy. Coś dziwnego. To dziwne uczucie ją paraliżowało.
Po piętnastu minutach czekania Czarnowłosa usłyszała dzwonek do drzwi.
-Wchodźcie!-zawołała. Po chwili usłyszała głosy, swoich najbliższych.Uśmiechnięta weszła do korytarza,aby się przywitać. Ujrzała Kubę, Agatę i Jego...Zamarła.
-Kuba, co on tutaj robi?...-wyszeptała.
-Wybacz,musiałem.-rzekł.
___________________________________________
Helloł ;)
No więc jestem. Bez depresji, doła i przygnębienia. CHYBA!
Przepraszam,że nie komentuje i ogólnie,ale odcięłam się od tego świata.
Postaram się nie zawieść.
Czytajcie! :)
Pozdrawiam!
czwartek, 26 września 2013
Rozdział 24. -Koniec części 1!
~Koniec jakiegoś etapu w życiu, zawsze może być początkiem nowego! Nic nie kończy się bez przyczyny.
Do Diany nadal nie docierało to, że jest w ciąży. Miała nadzieję,że niedługo się obudzi,a wizyta u lekarza okaże się być kiepskim snem. Mimo oczekiwań dziewczyny, nic na to nie wskazywało.
Od samego rana chodziła jakaś poddenerwowana. Musiała powiedzieć Marco,że jest z nim w ciąży, jednak coś ją powstrzymywało. Bała się odrzucenia z jego strony. Wiedziała,że nie przeżyłaby straty swojego ukochanego.
Po długich i intensywnych rozmyślaniach, postanowiła,że wyjawi blondynowi swoją tajemnice. Zaparzyła kawę i usiadła przy stole oczekując na przybycie Marco.
W końcu Diana dostrzegła samochód ukochanego,który parkował akurat pod apartamentowcem. Serce zaczęło jej bić mocniej, a dłonie zaczęły się pocić z nerwów. Wiedziała,że może stracić wszystko,albo zyskać dowód miłości Marco.
-Hej kochanie!-usłyszała trzaskanie drzwiami.-Już jestem, co jemy?
-Witaj!-wymusiła uśmiech, po czym poczuła ręce blondyna na swoich biodrach.-Ugotowałam leczo,takie jak lubisz.-oznajmiła spokojnie.
-Super!-rzekł radośnie.-Mówię Ci, dzisiaj na treningu Klopp dał nam taki wycisk! -Zmęczony jesteś?
-W sumie nie.-wzruszył ramionami.-Mięśnie mnie bolą,a poza tym czuję się świetnie. -To fajnie,bo chciałabym porozmawiać.-powiedziała, stawiając talerz z obiadem, przed piłkarzem.
-No okej.-uśmiechnął się.
-Wczoraj, Ty z Clarą poszliście razem na SIP...
-Tak, było fantastycznie!-przerwał wypowiedź dziewczyny.
-No i jak poszliście tam, to ja skierowałam się w inną stronę niż dom.-wyznała.
-Pyszny ten obiad!-skomentował.
-Marco! Do jasnej cholery! Mógłbyś mi nie przerywać?!-wybuchła.-Chcę Ci powiedzieć coś naprawdę ważnego,a Ty mnie ignorujesz!
-Dobrze, przepraszam...mów.
-OK, więc poszłam wczoraj do lekarza i dowiedziałam się,że będziemy mieli dzie...cko.-wybełkotała
-...-spoglądał na nią wystraszonymi oczyma.
-Co teraz?-wyszeptała.
-Skąd mam, kurwa wiedzieć ?!-wrzasnął.-Ja pierdole!-krzyczał.
-Uspokój się!
-Jak mam się uspokoić ?! Jestem młody! Nie mam czasu na dziecko!
-Czyli...
-Co, czyli ?!-nie ściszał swojego głosu.-Jak to sobie wyobrażasz? Urodzisz je,a potem co?! Mnie nie będzie ciągle w domu! A Ty ?! Jesteś narkomanką! Nigdy nie będziesz normalna! Jeżeli coś jebnie Ci do głowy?! Będę mu tłumaczył,że mamusia bardziej kochała kokainę niż jego?!
-Marco jak możesz...-zaczęła płakać.
-Zamilcz po prostu! -ryknął.
-Jesteś skończonym dupkiem! Koniec z nami i tym wszystkim!
-Wszystko przez Ciebie!-rzucił na odchodne, po czym zniknął za drzwiami apartamentu.
------------------------------------------------------------------
Hej.
Ten rozdział kończy nam, pierwszą część tego opowiadania.
Jeszcze nie wiem, kiedy pojawi się cześć druga... po prostu czekajcie na zwiastuny i różne inne zapowiedzi.
Pod rozdziałem zostawicie linki lub numery gg,abym mogła was poinformować o nowościach (jeśli chcecie :) )
Ok, to tyle.
Dziękuje,za te 24 rozdziały! Mam nadzieję,że niedługo tutaj wrócę wraz z Niką Majewską :)
Czekajcie, a tymczasem się z Wami żegnam!
Pa ! ;*
poniedziałek, 16 września 2013
Rozdział 23.
,,Potok słów, niemy wrzask,myśli zdradza mimika.''
Diana od samego rana czuła się niezbyt dobrze. Chciało się jej wymiotować, a do tego miała dziwne zawroty głowy. Nie chciała niepokoić swojego ukochanego,więc nic mu o tym nie mówiła. Myślała jedynie o wizycie u lekarza,którą musiała odłożyć na popołudnie za względu na występ niedawno poznanej dziewczynki. Umówili się z nią na godzinę dwunastą.
-Marco, zbieraj się!-krzyknęła do blondyna,który zalegał na kanapie w salonie.-Jest jedenasta! Zobaczysz, spóźnimy się i sprawimy młodej przykrość!
-Matko, kochanie nie denerwuj się tak...przecież zdążymy.-mruczał.-Ja już gotowy.
-Tak Pójdziesz w tej wygniecionej koszulce? No błagam Cię!
-Przebiorę się, tylko nie krzycz.-ustąpił.
Tak, jak obiecał poszedł do sypialni po świeżą, wyprasowaną koszulkę.Jak na Marco Reus'a przystało, spędził trochę czasu w łazience na układaniu włosów. Mimo wszystko oboje wyszykowali się w miarę szybko i dwadzieścia minut przed dwunastą opuścili mieszkanie, kierując się prosto do Domu Kultury,który znajdował się dwie przecznice od mieszkania Diany i Marco.
-Mówiłem ,że zdążymy !- powiedział zadowolony piłkarz Borussi Dortmund.-Nie potrzebnie się tak darłaś, nie wiem co Cię ugryzło,kotku.-mówił z idiotycznym uśmieszkiem na twarzy.
-Nic mnie nie ugryzło!-wypierała się.-Po prostu nie chciałam,abyśmy narobili sobie wstydu! I przy okazji przykrości Clarze.
-Okej.-uśmiechnął się pobłażliwie.-Wchodźmy.-otworzył ukochanej drzwi i po chwili oboje byli w Domu Kultury. Zajęli miejsca tuż przy niewielkiej scenie. Na początku całego ,,przedstawienia'' na małą arenę weszło kilkanaście baletnic, które przedstawiały piękną choreografię. Następnie na scenę wszedł prowadzący, który zapowiedział występ młodej znajomej Diany i Marco. Nieśmiała dziewczyna wyszła na scenę w dresikach do kolan, oraz w różowej bluzie z Adidasa. Z głośników zaczął wydobywać się dźwięk piosenki We own it. Ludzie zamilkli i zwrócili całą swoją uwagę na tańczącą Clarę. Kiedy skończyła swój trudny i niesamowity układ, została nagrodzona głośnymi brawami. Ukłoniła się i zniknęła za scenką. Marco, pełen podziwu ruszył za nią ,ciągnąc za sobą ukochaną Dianę,której aktualnym marzeniem było udanie się do lekarza.
-Mała!Mała!-wołał za dziewczyną.-Stój!
-O matko!-odwróciła się lekko przestraszona.-Cześć!-uśmiechnęła się słabo.
-Pięknie tańczyłaś!-pochwaliła ją Diana, chwytając za jej ramię.-Masz talent!
-Jej, dziękuje,ale...-zawahała się.
-Żadnego ,,ale''.-rzekł poważnie Marco.-Dałbym Ci puchar!-uśmiechnął się.-Clara,Ty musisz iść od razu do ośrodka?
-Do bidula? Nie. Z resztą pieprzyć to!-burknęła.
-Nie będziesz miała przez to kłopotów?
-Wszyscy uważają ,że jestem psychiczna. Zapewne nie będą chcieli robić sobie problemów i marnować czasu na rozmowę ze mną.
-Przestań. Nie jesteś psychiczna!-Diana prawie krzyknęła.-Jesteś cudownym człowiekiem! I nie kłóć się!
-No właśnie! To gdzie idziemy, kochane?-zapytał Reus.-Kawiarnia?
-Może pokazałbyś Clarze Idunę?-zaproponowała Diana.-Pójdziecie sobie razem, bo ja mam pewne załatwienie.-rzekła.-Może być?
-Wow, genialny pomysł! Zawsze chciałam zwiedzić ten stadion.
-Świetnie, to idziemy?
-Jasne, idźcie! Miłej zabawy!-pocałowała blondyna w skroń.
-A tak poza tym, to interesujesz się może piłką nożną (...) -i wyszli z Domu Kultury. Diana również go opuściła, tyle ,że poszła w całkiem inną stronę niż tamta dwójka. Miała nadzieję,że jej bóle nie są spowodowane jakimiś poważniejszymi powikłaniami. Szumiało jej w głowie...do ośrodka zdrowia podążała tak, jakby miała klapki na oczach. Kroczyła ślepo przed siebie, uważnie obserwując swoje buty.
-Dzień dobry, chciałabym się zapisać na wizytę u pani lekarz Fischer.-oznajmiła w recepcji.
-Witam.Dobrze, poproszę pani nazwisko.
-Diana Dark.
-Ach, tak. Mamy pani kartę. Zapraszam na 2 piętro, pokój 213. Pani Fischer,akurat jest wolna,więc można wchodzić.
-Dziękuje.-ukłoniła się.
-Ach, zapomniałam! Niech panna weźmie tą kartę!
-Dobrze.-uśmiechnęła się lekko i ruszyła do windy.
Przed wejściem do gabinetu czuła niepokój i strach. Mimo wszystko zdecydowała się zapukać.
-Witam.-odezwała się przyjemna postać, siedząca za biurkiem.
-Dzień dobry.
-Co panience dolega?-zapytała kobieta w kitlu.
-Narzekam na ból brzucha. Miewam zawroty głowy i bardzo często chce mi się wymiotować.
-O kochanie!-westchnęła.-Zaraz zobaczymy co Ci dolega (...)
-Moja droga, z badań wynika,że jesteś w ciąży!-zawołała radośnie pani doktor.
-Ja? Ja...jak to ?-za jąkała się.-To nie może być prawda!-krzyknęła.
-Nie cieszysz się? To naprawdę wesoła nowina!-uśmiechnęła się łagodnie.
-Pani nie rozumie...ja mam 21 lat...Mój chłopak jest piłkarzem, dla niego ważna jest kariera...
-Kochanie, jeżeli Twój chłopak naprawdę Cię kocha, to zaakceptuje Twoją ciąże. Będzie z Tobą, a raczej z Wami.-pogłaskała Czarnowłosą po głowie.
-Ma pani rację. Dziękuje.-ukłoniła się i opuściła gabinet lekarski. Miała mieszane uczucia.
-Nie nadaję się na matkę.Jestem zwykłą ćpunką.-myślała.
-----------------------------------------------
Witajcie, kochane czytelniczki! ;**
Chciałabym powiedzieć,że dziękuje tym osobą ,które nadal to czytają i komentują :)
Z każdym rozdziałem jest mniej komentarzy. Wcześniej było mi z tym źle,a teraz to olewam! :)
Piszę to dla tych nielicznych. I siebie.
To mi pomaga :)
Pozdrawiam! ;*
PS. Jutro ... lub może pojutrze, dodam jakiś rozdział na mój drugi blog. Dzisiaj nie zdążę, ponieważ mam dużo nauki ;//
wtorek, 10 września 2013
Rozdział 22.
Z okazji rozpoczęcia Nowego Roku oraz minionych Świąt Bożego Narodzenia zespół Borussi Dortmund postanowił odwiedzić miejski Dom Dziecka.
Marco postanowił,że zabierze ze sobą swoją ukochaną. Miał nadzieję,że poczuje się troszkę lepiej, kiedy zobaczy te wszystkie pocieszne dzieciaki,które potrafią się cieszyć nawet z figlarnej chmury na niebie. Wiedział,że to pomoże jej choć trochę zapomnieć o tym co było,a może raczej o tym kim była.
-Kochanie, możesz się pośpieszyć ?-spytał, jak zawsze punktualny Reus.-Mieliśmy być o 15 przed Iduną!
-Idę, idę...-mruknęła z łazienki.-Nie chce tych biednych dzieci przestraszyć! Widziałeś jak wyglądam...
-Pięknie jak zawsze,kotku.-powiedział namiętnym i ciepłym głosem,który czule pieścił jej uszy.-No szybciutko, misiu!
-Już!-krzyknęła i pośpiesznie wybiegła z łazienki.
Przed stadionem byli już praktycznie wszyscy Ci, którzy mieli się tam zjawić. Pozostało czekać im jedynie na autokar,którym wszędzie jeździli.
-Ej gołąbki!-zawołał ich Łukasz.-Czemu tak późno? Coś was zatrzymało w mieszkaniu?-zaczął poruszać zabawnie brawami.
Para zignorowała jednoznaczną wypowiedź Piszczka i przewracając oczami ustawili się przed nadjeżdżającym właśnie autokarem.
-Ej no ! Co za niekulturalni erotomani! -zawołał, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Marco jedynie skarcił go wzrokiem.
Gdy wszyscy siedzieli już w pojeździe Jurgen przedstawił im cały plan dnia, Polegał on na tym, że mężczyźni w szczególności mają zabawiać dzieci i dawać im radość każdym najmniejszym gestem. W skrócie poświęcić całą swoją uwagę dzieciom, a następnie napełnieni dziecięcą radością - wrócić do domów. Przed samym budynkiem domu dziecka trener Borussii przypomniał jeszcze Piszczkowi by w żadnym wypadku nie starał się rozbawić młodzieży swoimi idiotycznymi żartami, bo Klopp nie chciał wracać do domu z poczuciem, że jego podopieczni zgorszyli te bezbronne dzieci. Oczywiście Łukasz nie był z tego zadowolony, ale za to cała drużyna śmiała się z jego małego nieszczęścia. Po wszelakich wskazówkach, nakazach i zakazach trenera cała gromada dorosłych mężczyzn wkroczyła do środka budynku, na samym końcu nastomiast kroczyli Marco z Dianą czule się obejmując, co spotkało się z surowym spojrzeniem Jurgena, a oznaczało to, że i oni przez chwilę muszą zachowywać się jak przystało na dorosłe, poważne osoby.
Po tym jak już wszyscy znaleźli się w jednej z sal owego domu dziecka i zostali należycie powitani przez opiekunów jak i podopiecznych nadszedł czas na spędzenie wspólnie czasu.
Piłkarze jak i cały sztab chętnie wręczali dzieciom autografy i przeróżne klubowe podarunki. Dzieci mimo, że samotne i opuszczone to były wniebowzięte tym, że mogą spotkać, a nawet porozmawiać ze swoimi idolami. W tamtej chwili każdy był w swoim własnym wymarzonym niebie. Marzenia się spełniały, a na ogół smutne dzieci zaznać mogły odrobiny szczęścia. Oczywiście największym powodzeniem wśród młodych kibiców BVB cieszył się sam Piszczek. Z racji, że tylko w połowie dostosował się do nakazu Kloppa to nie szczędził dowcipów i przeróżnych żartów z tą różnicą, że były one bardziej stosowne niż na co dzień.
-Dlaczego tamta dziewczynka siedzi sama?-Marco spytał jednej z opiekunów dzieci.
-Ma na imię Clara.-powiedziała.-Jest czternastoletnią sierotą. Spędziła tu już 3 lata. Zawsze taka była.
-Nie możecie z tym czegoś zrobić?-zapytał lekko zbulwersowany, obojętnością na krzywdę małoletniej dziewczyny.
-Nie da się. Niech pan spróbuje się do niej odezwać.
Marco podszedł do dziewczynki,która aktualnie siedziała na krześle z daleka od reszty.
-Hej, jak masz na imię, piękna?-podszedł i usiadł obok dziewczyny.
-Clara.-mruknęła.
-Jak się czujesz?-zapytał.
-Od kiedy to kogoś obchodzi?-prychnęła,patrząc na blondyna.-Wcześniej jakoś nikt nie zawracał sobie tym głowy.
-Od dzisiaj!-uśmiechnął się.-Powiedz mi.
-Jestem okropnie smutna.-wyszeptała.-Nikt mnie tu nie akceptuje, i nikt nie zwraca uwagi. Płaczę godzinami,a te puste szpule przychodzą jedynie sprawdzić czy jestem w pokoju i czy nie uciekłam.
-To chore, prawda? Gadałem z tą blondynką, tą opiekunką...była taka obojętna.
-A Ty jak masz na imię?-zapytała w końcu.
-Jestem Marco. Marco Reus.
-Kojarzę.-rzekła.-Wiesz może kiedy zakończy się to zamieszanie?
-Program mamy do 19.00.-oznajmił.
-Cholera.-zaklęła.-Chciałabym stąd iść...
-Przecież może być fajnie.-powiedział.
-Nie sądzę.-prychnęła.
-Chodź, przedstawię Ci kogoś!-pociągnął Clarę za rękę, w stronę Diany,która aktualnie zabawiała młodsze dzieciaki.-Jest naprawdę fajna.-szepnął.
-Mhm.-mruknęła.
-Dianko!-zawołał.-Poznaj Clarę!-wskazał na niewysoką dziewczynę.-Musimy poprawić jej humor, ponieważ jest smutna.-pokazał na jej usta,które ułożone były w prostą kreskę.
-Ojej, witaj.-uśmiechnęła się do Clari.-Jak się masz?
-Źle...w sumie obojętnie.-westchnęła.-Piękna jesteś, Diano. Chciałabym kiedyś wyglądać tak jak Ty. Jesteś modelką ?
-Nie skąd!-zachichotała.-Jestem...ech...nikim w zasadzie.-uśmiechnęła się pocieszająco.-Clara! Kochana,jesteś śliczna!-poprawiła dziewczynie jeden kosmyk włosów. Musisz uwierzyć w siebie! Jesteś piękna, a jeżeli ktoś kiedyś twierdził inaczej....jest idiotą! Pamiętaj...
-Nie wiem...nie lubię o tym mówić.-szepnęła.-Co jutro robicie ?-zapytała nagle.
-W sumie to nic, prawda Marco?
-Prawda.-uśmiechnął się.
-Jeżeli macie ochotę,to przyjdźcie do domu kultury. Będę tam tańczyć.
-O to świetnie! O której ?
-12.30, rozpoczęcie.
-Świetnie! Przyjdziemy.
Reszta zaplanowanego dnia minęła naprawdę fantastycznie. Wszystkie dzieci pożegnały piłkarzy z uśmiechami na twarzach, choć na pewno były smutne,że wszystko tak szybko się skończyło. Mimo wszystko Carla rozmawiała jedynie z Marco i Dianą.
-----------------------------------------------
Rozdział napisany z Niką Majewską :3
Mam nadzieję ,że się podoba! :>
Proszę o komentarze, bo czasami mam ochotę rzucić to wszystko! ;c
Okej,więc...-przeczytałeś-komentujesz! :)
Pozdrawiam!
Marco postanowił,że zabierze ze sobą swoją ukochaną. Miał nadzieję,że poczuje się troszkę lepiej, kiedy zobaczy te wszystkie pocieszne dzieciaki,które potrafią się cieszyć nawet z figlarnej chmury na niebie. Wiedział,że to pomoże jej choć trochę zapomnieć o tym co było,a może raczej o tym kim była.
-Kochanie, możesz się pośpieszyć ?-spytał, jak zawsze punktualny Reus.-Mieliśmy być o 15 przed Iduną!
-Idę, idę...-mruknęła z łazienki.-Nie chce tych biednych dzieci przestraszyć! Widziałeś jak wyglądam...
-Pięknie jak zawsze,kotku.-powiedział namiętnym i ciepłym głosem,który czule pieścił jej uszy.-No szybciutko, misiu!
-Już!-krzyknęła i pośpiesznie wybiegła z łazienki.
Przed stadionem byli już praktycznie wszyscy Ci, którzy mieli się tam zjawić. Pozostało czekać im jedynie na autokar,którym wszędzie jeździli.
-Ej gołąbki!-zawołał ich Łukasz.-Czemu tak późno? Coś was zatrzymało w mieszkaniu?-zaczął poruszać zabawnie brawami.
Para zignorowała jednoznaczną wypowiedź Piszczka i przewracając oczami ustawili się przed nadjeżdżającym właśnie autokarem.
-Ej no ! Co za niekulturalni erotomani! -zawołał, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Marco jedynie skarcił go wzrokiem.
Gdy wszyscy siedzieli już w pojeździe Jurgen przedstawił im cały plan dnia, Polegał on na tym, że mężczyźni w szczególności mają zabawiać dzieci i dawać im radość każdym najmniejszym gestem. W skrócie poświęcić całą swoją uwagę dzieciom, a następnie napełnieni dziecięcą radością - wrócić do domów. Przed samym budynkiem domu dziecka trener Borussii przypomniał jeszcze Piszczkowi by w żadnym wypadku nie starał się rozbawić młodzieży swoimi idiotycznymi żartami, bo Klopp nie chciał wracać do domu z poczuciem, że jego podopieczni zgorszyli te bezbronne dzieci. Oczywiście Łukasz nie był z tego zadowolony, ale za to cała drużyna śmiała się z jego małego nieszczęścia. Po wszelakich wskazówkach, nakazach i zakazach trenera cała gromada dorosłych mężczyzn wkroczyła do środka budynku, na samym końcu nastomiast kroczyli Marco z Dianą czule się obejmując, co spotkało się z surowym spojrzeniem Jurgena, a oznaczało to, że i oni przez chwilę muszą zachowywać się jak przystało na dorosłe, poważne osoby.
Po tym jak już wszyscy znaleźli się w jednej z sal owego domu dziecka i zostali należycie powitani przez opiekunów jak i podopiecznych nadszedł czas na spędzenie wspólnie czasu.
Piłkarze jak i cały sztab chętnie wręczali dzieciom autografy i przeróżne klubowe podarunki. Dzieci mimo, że samotne i opuszczone to były wniebowzięte tym, że mogą spotkać, a nawet porozmawiać ze swoimi idolami. W tamtej chwili każdy był w swoim własnym wymarzonym niebie. Marzenia się spełniały, a na ogół smutne dzieci zaznać mogły odrobiny szczęścia. Oczywiście największym powodzeniem wśród młodych kibiców BVB cieszył się sam Piszczek. Z racji, że tylko w połowie dostosował się do nakazu Kloppa to nie szczędził dowcipów i przeróżnych żartów z tą różnicą, że były one bardziej stosowne niż na co dzień.
-Dlaczego tamta dziewczynka siedzi sama?-Marco spytał jednej z opiekunów dzieci.
-Ma na imię Clara.-powiedziała.-Jest czternastoletnią sierotą. Spędziła tu już 3 lata. Zawsze taka była.
-Nie możecie z tym czegoś zrobić?-zapytał lekko zbulwersowany, obojętnością na krzywdę małoletniej dziewczyny.
-Nie da się. Niech pan spróbuje się do niej odezwać.
Marco podszedł do dziewczynki,która aktualnie siedziała na krześle z daleka od reszty.
-Hej, jak masz na imię, piękna?-podszedł i usiadł obok dziewczyny.
-Clara.-mruknęła.
-Jak się czujesz?-zapytał.
-Od kiedy to kogoś obchodzi?-prychnęła,patrząc na blondyna.-Wcześniej jakoś nikt nie zawracał sobie tym głowy.
-Od dzisiaj!-uśmiechnął się.-Powiedz mi.
-Jestem okropnie smutna.-wyszeptała.-Nikt mnie tu nie akceptuje, i nikt nie zwraca uwagi. Płaczę godzinami,a te puste szpule przychodzą jedynie sprawdzić czy jestem w pokoju i czy nie uciekłam.
-To chore, prawda? Gadałem z tą blondynką, tą opiekunką...była taka obojętna.
-A Ty jak masz na imię?-zapytała w końcu.
-Jestem Marco. Marco Reus.
-Kojarzę.-rzekła.-Wiesz może kiedy zakończy się to zamieszanie?
-Program mamy do 19.00.-oznajmił.
-Cholera.-zaklęła.-Chciałabym stąd iść...
-Przecież może być fajnie.-powiedział.
-Nie sądzę.-prychnęła.
-Chodź, przedstawię Ci kogoś!-pociągnął Clarę za rękę, w stronę Diany,która aktualnie zabawiała młodsze dzieciaki.-Jest naprawdę fajna.-szepnął.
-Mhm.-mruknęła.
-Dianko!-zawołał.-Poznaj Clarę!-wskazał na niewysoką dziewczynę.-Musimy poprawić jej humor, ponieważ jest smutna.-pokazał na jej usta,które ułożone były w prostą kreskę.
-Ojej, witaj.-uśmiechnęła się do Clari.-Jak się masz?
-Źle...w sumie obojętnie.-westchnęła.-Piękna jesteś, Diano. Chciałabym kiedyś wyglądać tak jak Ty. Jesteś modelką ?
-Nie skąd!-zachichotała.-Jestem...ech...nikim w zasadzie.-uśmiechnęła się pocieszająco.-Clara! Kochana,jesteś śliczna!-poprawiła dziewczynie jeden kosmyk włosów. Musisz uwierzyć w siebie! Jesteś piękna, a jeżeli ktoś kiedyś twierdził inaczej....jest idiotą! Pamiętaj...
-Nie wiem...nie lubię o tym mówić.-szepnęła.-Co jutro robicie ?-zapytała nagle.
-W sumie to nic, prawda Marco?
-Prawda.-uśmiechnął się.
-Jeżeli macie ochotę,to przyjdźcie do domu kultury. Będę tam tańczyć.
-O to świetnie! O której ?
-12.30, rozpoczęcie.
-Świetnie! Przyjdziemy.
Reszta zaplanowanego dnia minęła naprawdę fantastycznie. Wszystkie dzieci pożegnały piłkarzy z uśmiechami na twarzach, choć na pewno były smutne,że wszystko tak szybko się skończyło. Mimo wszystko Carla rozmawiała jedynie z Marco i Dianą.
-----------------------------------------------
Rozdział napisany z Niką Majewską :3
Mam nadzieję ,że się podoba! :>
Proszę o komentarze, bo czasami mam ochotę rzucić to wszystko! ;c
Okej,więc...-przeczytałeś-komentujesz! :)
Pozdrawiam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
